Szukanie na siłę analogii między skuteczną akcją referendalną w Krakowie, a podobną inicjatywą w Warszawie od początku niosło za sobą ryzyko porażki. Z trzech co najmniej powodów…
Sukces Krakowa
O referendum w Krakowie napisano już bardzo wiele. Każdy mógł usłyszeć o arogancji byłego już prezydenta, kolesiostwie w partyjnym wydaniu, chybionych pomysłach czy ogromnym zadłużeniu miasta. Zresztą to wraca w trakcie trwającej jeszcze kampanii, której zwieńczeniem będzie II tura wyborów w niedzielę 11 października. Warto jednak zwrócić uwagę, że organizatorzy akcji zbierania podpisów przed referendum i późniejszej kampanii referendalnej mocno podkreślali społeczny charakter inicjatywy. Przekaz był jasny – to mieszkańcy, nie partie polityczne powinni mieć decydujący wpływ na obsadę najważniejszego stanowiska w Krakowie i co najważniejsze, takie też było oczekiwanie bardzo wielu Krakowian.
Ale w ślad za tym nie szedł w świat komunikat, że partie nie mogą w żaden sposób włączyć się w akcję. Była to sfera pewnego niedopowiedzenia, ale wystarczająca, by ludzie związani z partiami włączali się w proces zbierania podpisów przed referendum. Czasem dyskretnie, czasem dość otwarcie, ale zawsze ze zrozumieniem obywatelskości inicjatywy. Wydaje się, że organizatorzy mając z jednej strony świadomość bardzo żywej emocji społecznej skierowanej przeciw Aleksandrowi Miszalskiemu – fundamentalnej dla powodzenia akcji – zakładali, że to może nie wystarczyć. W efekcie, choć nie zachęcali partii do wsparcia, to nie odrzucali ostentacyjnie dyskretnej pomocy. Rozsądnie. Partie też mogły na tym układzie skorzystać, bo przy udanej akcji referendalnej, późniejsze wybory dawały szansę na ekspozycję i szyldów i kandydatów. Jak później to zostało wykorzystane, to inna opowieść, choć klęska Konfederacji (porażka przy zbieraniu podpisów z poparciem dla kandydata) daje cały czas do myślenia.
A w Warszawie?
A co się stało w Warszawie? Niby pomysł był podobny, oddolna obywatelska inicjatywa budowana na emocji sprzeciwu wobec stylu zarządzania miastem przez Rafała Trzaskowskiego i jego ekipę. Ale tu podobieństwa się kończą, bo choć w stolicy też rządzi nominat Koalicji Obywatelskiej, miasto jest duszone przez partyjną koterię kolegów prezydenta, to są przynajmniej trzy wyraźne różnice, które moim zdaniem legły u podstaw klęski akcji zbierania podpisów. To elementy, które trzeba analizować łącznie, bo są ze sobą ściśle związane.
Organizator
Sprawa pierwsza, to główny organizator, Maciej Wilk. Dynamiczny i sprawny medialnie menedżer LOT-u, który przebojem wdarł się do polskiego życia publicznego organizując – i chwała mu za to! – akcję „TAK dla CPK”. O fenomenie i znaczeniu tej inicjatywy było już wiele analiz, tu zwrócę uwagę na jedno. Wilk trafnie odczytał, że jest w Polsce rzesza ludzi wykształconych, obytych w świecie, bez kompleksów, dla których aspiracyjne programy inwestycyjne państwa polskiego są czymś oczywistym. W tej diagnozie poszedł dalej, akcentując – poniekąd słusznie – że w kontekście programów rozwojowych, wojna polsko-polska uosabiana przez konflikt PO-PiS jest destrukcyjna. Tylko, że w tym uniesieniu były menedżer LOT pognał chyba „o jeden most za daleko”. Bo dość racjonalnie dystansując się od partii politycznych uznał, że to jest polityczny klucz uniwersalny dobry na każdą publiczną aktywność.
Taki też model Maciej Wilk przyjął uruchamiając swoją ostatnią akcję pn. „Stołeczna Inicjatywa Referendalna” (SOR). Napędzany dość dużą popularnością, sympatią części mediów, a także nadziejami wielu osób rzeczywiście mających dosyć PO-PiS-owej wojny uznał, że nabył już na stałe umiejętność odczytywania nastrojów społecznych i budowania strategii politycznych. Ale był w tym, jak gwiazda jednego sezonu myśląc, że tą samą piosenką, zagraną tylko trochę inaczej może cały czas przyciągać uwagę publiczności w kolejnych sezonach. W III RP mieliśmy wystarczająco dużo takich karier i gwałtownych rozbłysków. I zawsze towarzyszyło im przekonanie, że teraz to już będzie inaczej i, że sympatia Polaków jest dana raz na zawsze. Jak dla mnie, to zabrakło odrobiny pokory i bardziej pogłębionej analizy procesów wyborczych w Polsce. Jakby to było tak proste, to i Jarosław Kaczyński i Donald Tusk już dawno byliby w Polsce na politycznej emeryturze. Tego najwyraźniej Maciej Wilk nie zrozumiał.
Partie polityczne
Z tym się łączy drugi element determinujący porażkę akcji referendalnej w Warszawie. Wspomniane wcześniej, ostentacyjne dystansowanie się od partii politycznych, przede wszystkim Prawa i Sprawiedliwości z okazywaną jawnie wrogością. Jak wskazałem wcześniej, do pewnego stopnia, taki dystans jest zrozumiały, nawet słuszny. Bo rzeczywiście, tu aż prosiło się o właśnie taki, obywatelski punkt startu do akcji odwołania Rafała Trzaskowskiego. To dawało też szefowi SOR i jego zespołowi całą gamę możliwości, by odpowiednio się pozycjonować wobec machin partyjnych. Tylko trzeba było to zrobić zręcznie, broń Boże, nie zniechęcać potencjalnych sojuszników. Można szukać poparcia zachowując niezależność. Można grać z partiami trzymając je na dystans. Trudne, ale wykonalne. W Krakowie to rozumieli, w Warszawie nie.
Szef SOR niesiony przez poczucie własnej misji, sprawczości i szczególnej predestynacji poszedł dalej niż to było potrzebne. I wychodząc ze słusznej diagnozy, wpakował się w partyjną – bo antypartyjna to de facto też partyjna – nawalankę i właściwie każda jego wypowiedź to był akt oskarżenia wobec partii politycznych, bez niuansowania. W efekcie wyszło trochę tak, jakby partie opozycyjne – ale głównie PiS – były współodpowiedzialne za warszawski bałagan i afery. Poważnie, słuchając Pana Wilka miałem wrażenie, że może PiS nie zarządzał Szpitalem Południowym, ale właściwie to to samo co Koalicja Obywatelska i Dawidów Kacprzyków wokół Jarosława Kaczyńskiego jest na pęczki. Naprawdę Panie Macieju?
Mogę nawet zrozumieć emocje Wilka i niechęć wobec Prawa i Sprawiedliwości. Mogę także przyjąć, że taktycznie narracja antypartyjna może być dobrym paliwem do działalności publicznej. Ale w dłuższej perspektywie, gdy bierzemy się za inicjatywy jednoznacznie polityczne o bardzo dużym kalibrze, to jest ogromne ryzyko, że takie instrumentarium jest przeciwskuteczne. Tu już abstrahuję, iż takie „szycie” na siłę, fałszywej symetrii jest po prostu nieprawdziwe. Efekt był taki, że członkowie największej partii opozycyjnej nie włączyli się masowo do akcji zbierania podpisów. Owszem, gdzieniegdzie tak, jak mogłem to obserwować w dzielnicy, w której aktualnie mieszkam, ale był to jedynie akt sprzeciwu wobec Trzaskowskiego bez głębszej potrzeby zaangażowania. Skoro ciągle słyszeli, że są de facto niepotrzebni. Tu pomijam wypowiedzi polityków PiS, że to celowy zabieg Wilka, by wpisywać się w budowanie formacji Mateusza Morawieckiego i pogłębianie podziałów między tym ugrupowaniem a partią Jarosława Kaczyńskiego. Nie przekonują mnie takie głosy, a poza tym nie wyjaśniają przyczyn porażki akcji SOR.
Emocje, a właściwie ich brak
I ostatnia rzecz, brak wśród mieszkańców Warszawy tak silnej emocji przeciw władzom miasta jak w Krakowie. To był realny problem, z którym inicjatorzy nie umieli sobie poradzić. A w takiej sytuacji, tym bardziej przydałaby się pomoc ugrupowań politycznych. Przypominam sobie referendum z 2013 r. ws. odwołania poprzedniczki Rafała Trzaskowskiego, Hanny Gronkiewicz-Waltz. Wtedy udało się zebrać podpisy i doszło do referendum, w którym do odwołania prezydent miasta zabrakło bardzo niewiele (co było efektem wezwania ówczesnego lidera Lewicy Leszka Millera, by nie brać udziału w referendum, przez co frekwencja była poniżej wymaganej). W 2013 r. to była także akcja obywatelska, firmowana przez jednego z liderów Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej Piotra Guziała. Guział jednak zdawał sobie sprawę, że nastroje przeciw Gronkiewicz-Waltz, owszem, wyczuwalne, nie pozwalają jednak marzyć o sukcesie spontanicznej referendalnej inicjatywy. Dość zręcznie przyjął poparcia partii politycznych przez co w akcji zbierania podopisów sam PiS dostarczył, jak donosiła Rzeczpospolita ok. 50 tys. podpisów. A pomagała też Solidarna Polska (jeszcze osobno z PiS), Ruch Palikota czy różne inicjatywy prawicowe, które później odnajdywały się przy Kukiz’15 czy potem w Konfederacji.
W Warszawie bez zmian…
Podsumowując, szkoda, że inicjatywa SOR zakończyła się tak spektakularną porażką. Jestem przekonany o tym, iż referendum, gdyby do niego doszło i niezależnie od potencjalnego wyniku byłoby wartością dodaną dla Warszawy. Z tak wielu względów, że zasługuje to na odrębny tekst. A tak, mamy polityczne rozgrzeszenie władz z wszystkich patologii, w tym najbardziej bulwersującej związanej z funkcjonowaniem Szpitala Południowego. Szkoda zaangażowania wielu osób, często takich, dla których była to pierwsza podobna aktywność. Na kilka lat temat zmiany filozofii zarządzania Warszawą mamy pogrzebany, bo nie zmieni tego nawet kończąca się w 2029 r. ostatnia kadencja Rafała Trzaskowskiego. Trudno sobie wyobrazić, by następca – niestety, pewnie z tej samej partii – miałby zaproponować gruntowną zmianę. Bo dlaczego miałby to robić w tej sytuacji?
Z drugiej jednak strony, staram się zawsze doszukiwać pozytywów i w inicjatywie Macieja Wilka też takie da się wydestylować. Czyli może jednak jakiś niewielki sukces? Może rację ma sam organizator akcji SOR, że „kropla drąży skałę”. W Krakowie też na początku akcji zbierania podpisów wydawało się, że odwołanie Aleksandra Miszalskiego – raptem po dwóch latach od wyboru – jest mission impossible. A za chwilę mogą mieć prezydenta, który nie będzie namaszczony przez Donalda Tuska. To możliwe, potrzeba tylko więcej pokory, większej emocji wokół proponowanej sprawy i mniej błędów przy organizacji akcji.
I mnie, Warszawiakowi nie przychodzi to najłatwiej, ale trzeba to powiedzieć: Drodzy mieszkańcy Warszawy, po stokroć uczmy się obywatelskich postaw od Krakusów!
***
FOT. Obraz wygenerowany przez AI.
