Kto zaatakuje kraj, w którym każda wieś ma swój sztab? Trzeba sięgnąć po szwedzkie wzory

Kto zaatakuje kraj, w którym każda wieś ma swój sztab? Trzeba sięgnąć po szwedzkie wzory

blank

Środek nocy, odzywa się syrena w remizie. W ciągu kilkunastu minut przed strażnicą stoi już dwunastu mężczyzn w butach i kaskach, gotowych jechać tam, gdzie się pali. Nikt ich do tego nie zmusza. Nikt im za to specjalnie nie płaci. Po prostu wiedzą, że trzeba, i wiedzą, co robić – bo przećwiczyli to dziesiątki razy wcześniej.

W Polsce jest prawie 700 tysięcy takich ludzi, zorganizowanych w kilkunastu tysiącach jednostek, z hierarchią i dyscypliną, w niemal każdej gminie kraju. OSP to największy, najgęściej rozsiany zasób zorganizowanych, zdyscyplinowanych obywateli, jaki mamy. Warto w końcu zapytać, co moglibyśmy z niego zrobić, gdybyśmy pomyśleli o nim poważnie – nie jako o rezerwie strażaków, tylko o rezerwie obrony.

Nowa formacja, osobna od OSP i od wojska

Potrzebujemy formacji zbudowanej specjalnie pod lokalną obronę i bezpieczeństwo – oddzielnej od OSP, oddzielnej od Wojsk Obrony Terytorialnej. Nie korpusu ekspedycyjnego, tylko lokalnej, rozproszonej warstwy odporności: ludzi przeszkolonych z obsługi broni i dronów, gotowych bronić i obserwować własną okolicę, bez wysyłania ich na front.

Taki model nie jest fantazją – działa od dekad u naszych sąsiadów z północy. Szwecja utrzymuje Hemvärnet, formację liczącą dziś około 20 tysięcy ludzi, w kraju o jednej czwartej ludności Polski. Rekrutowani lokalnie, trzymający broń blisko domu, odpowiedzialni za ochronę infrastruktury i wsparcie służb cywilnych w razie klęski. To skala myślenia, jakiej Polsce brakuje: nie wielka armia, tylko gęsta sieć małych, zakorzenionych w swoich miejscowościach jednostek.

Budując taką formację w Polsce, nie trzeba zaczynać rekrutacji od zera. W samych tylko OSP mamy dziś 295 tysięcy ludzi spełniających wymogi bezpośredniego udziału w akcjach ratowniczych – czyli już przeszkolonych w dyscyplinie, hierarchii i reagowaniu na alarm. Gdyby choć jedna piąta z nich zechciała dołączyć do nowej formacji, dałoby to siłę liczebnie porównywalną z całym szwedzkim Hemvärnetem – i to z jednego tylko źródła rekrutacji, bez liczenia myśliwych, strzelców sportowych czy rezerwistów, którzy mogliby dołączyć osobno.

Dlaczego akurat teraz i dlaczego akurat drony

Odkąd w nocy z 9 na 10 września 2025 roku Polska po raz pierwszy w historii zestrzeliła nad swoim terytorium rosyjskie drony – a ich szczątki znaleziono w siedemnastu miejscowościach w pięciu województwach – temat przestał być teoretyczny. Jeszcze w maju 2026 roku mieszkańcy Hrubieszowa sami nagrywali i zgłaszali przelatujące nad miastem bezzałogowce, bo nie było komu innemu tego zrobić. Policja apelowała tylko, żeby nie zbliżać się do szczątków i ich nie dotykać. To wszystko, co dziś może zrobić zwykły obywatel, który jako pierwszy zauważy zagrożenie.

Dlatego nowa formacja nie powinna szkolić tylko ze strzelectwa. Drugim filarem musi być obsługa dronów rozpoznawczych i podstawy przeciwdziałania dronom – wykrywanie, raportowanie, zabezpieczenie miejsca upadku do czasu przyjazdu sił z odpowiednim sprzętem. To zadania, które dziś i tak nieformalnie wykonują przypadkowi mieszkańcy. Lepiej, żeby robili to ludzie przeszkoleni, zorganizowani i mający z kim się skontaktować w ciągu minut, a nie godzin.

Jest jednak jedno „ale”…

…i to poważne: tej formacji nie da się zbudować, uzbrajając strażaków jako strażaków. Personel ochrony cywilnej korzysta z ochrony przewidzianej w międzynarodowym prawie humanitarnym – pod warunkiem, że wykonuje wyłącznie zadania ratownicze, a nie bojowe. Wymieszanie tych dwóch ról pod jedną odznaką OSP zatarłoby tę granicę i mogłoby pozbawić ochrony całą infrastrukturę ratowniczą, której Polska będzie najbardziej potrzebować właśnie w czasie wojny.

Właśnie dlatego nowa formacja musi być organizacyjnie i prawnie czymś zupełnie innym niż OSP: osobny mundur, osobna struktura dowodzenia, osobna przynależność. OSP nie staje się wtedy formacją zbrojną – zostaje tym, czym jest, czyli ratownictwem. Daje tylko gotową listę ludzi, których warto zapytać jako pierwszych, czy chcą dołączyć do czegoś nowego – bo już przeszli selekcję przez samo to, że regularnie, bez przymusu, zrywają się na alarm. Da to infrastrukturę, da to systemy alarmowania i reagowania na zagrożenie, da to grupy zgranych ze sobą osób.

Co dalej? Trzy priorytety

Najpilniejsze trzy rzeczy to: po pierwsze, zaprojektować taką formację od podstaw jako osobny pion poza wojskami operacyjnymi, z dwumodułowym programem szkolenia, strzeleckim i dronowym. Po drugie, zawrzeć formalne porozumienie ze Związkiem OSP RP, które uczyni przynależność do straży realnym atutem przy rekrutacji – bez obowiązku udziału, bez mieszania ról, z uproszczoną ścieżką dla chętnych. Po trzecie, wykorzystać istniejącą infrastrukturę.

Polska wydaje coraz więcej na samoloty, czołgi i systemy antydronowe. Słusznie, bo nowoczesna armia potrzebuje nowoczesnego sprzętu. Ale odstraszanie to nie tylko liczba dział. To też pytanie, czy agresor wie, że w każdej napotkanej wsi ktoś już wie, jak się zorganizować, bo robi to od lat przy każdym pożarze i powodzi – i że ten ktoś, w razie potrzeby, potrafi też rozpoznać i zgłosić dron, zanim zrobi to przypadkowy przechodzień z telefonem w ręku.

Mamy ten potencjał gotowy, rozproszony po całym kraju, przeszkolony w dyscyplinie i posłuszeństwie wobec alarmu. Brakuje tylko jednego: decyzji, żeby go wreszcie wykorzystać. Kto zaatakuje kraj, w którym obrona zaczyna się nie w koszarach, tylko w remizie obok domu?

Autor tekstu
Tomasz Bartosiak

Tomasz Bartosiak

Prezes Społecznej Inicjatywy Mieszkaniowej Reymontowski, Prezes Organizacji Pracodawców Społecznych Inicjatyw Mieszkaniowych, Konfederacja – Ruch Narodowy

Wyszukiwarka
Kategorie
Tomasz Bartosiak

Tomasz Bartosiak

Prezes Społecznej Inicjatywy Mieszkaniowej Reymontowski, Prezes Organizacji Pracodawców Społecznych Inicjatyw Mieszkaniowych, Konfederacja – Ruch Narodowy

blank
Pobierz artykuł w PDF
Czytaj więcej
blank