Amerykańska administracja przestaje pytać Europę o procenty PKB wydawane na zbrojenia, a zaczyna pytać o jej duszę. Czy Stary Kontynent, uciekający od własnego chrześcijańskiego dziedzictwa i tożsamości, jest w stanie podjąć rzuconą mu rękawicę? A może europejskie elity, zadowolone z roli zakładników własnej wygody, wolą pozostać pod dziurawym parasolem, byle tylko nie musieć przepraszać za Kolumba?
Wydawałoby się, że wystąpienie Marco Rubio w Monachium było ze strony Amerykanów gestem dobrej woli i wyrazem – by użyć modnego w kręgach geopolityków słowa – deeskalacji w napiętych po starciu o Grenlandię stosunkach z europejskimi partnerami. W oczywisty sposób było ono porównywane z ubiegłorocznym wystąpieniem J.D. Vance’a, po którym na sali powiało chłodem, a ówczesny przewodniczący Konferencji, Christoph Heusgen, uronił łzę nad losem Europy wydanej na pastwę barbarzyńców zza oceanu. Tym razem nowy-stary przewodniczący, Wolfgang Ischinger, podziękował Marco Rubio za potwierdzenie partnerstwa i mówił o westchnieniu ulgi, jakie rozległo się wśród słuchaczy. Jak w tej wyświechtanej anegdocie, Rubio jawił się jako dobry policjant przysłany przez złego szefa posterunku, który trzyma w kazamatach jeszcze kilku złych i nawet jeszcze gorszych. Więc ulga jest zrozumiała.
Tymczasem Marco Rubio w gruncie rzeczy nie zmienił amerykańskiego przekazu ani na jotę. Po prostu o pewnych sprawach nie powiedział, ale to nie znaczy, że je unieważnił. Natomiast sedno jego przekazu było całkowicie spójne z tym, co mówią inni przedstawiciele administracji Trumpa i z tym, co mówi sam Trump. Przy czym to sedno bynajmniej nie leży w głoszonej przez trumpistów zasadzie, że Europa ma być zdolna do poradzenia sobie z zagrożeniami, zaś Ameryka – jak to wielokrotnie napisano w odtajnionej w styczniu Narodowej Strategii Obrony – będzie gotowa do udzielenia „zasadniczego, lecz ograniczonego wsparcia”. To zresztą mantra, którą zaadresowano do wszystkich sojuszników w różnych częściach świata. Prawdziwe sedno w przemówieniu Rubio dotyczyło tego, czego właściwie Ameryka zamierza bronić. I czego chciałaby bronić wspólnie z Europą. Czyli tego, co wyróżnia ich współpracę na tle innych amerykańskich partnerstw w świecie.
Tożsamość zamiast abstrakcji
Bo armie – jak powiedział Rubio – „nie walczą o abstrakcje”. Walczą o ludzi, o narody, o sposób życia. A ten sposób życia przez wieki inspirowany był tym, od czego Europa teraz zdecydowanie odchodzi: wiarą w Boga i poszanowaniem tradycji. Więc jeżeli armia amerykańska będzie walczyć o coś wspólnego dla transatlantyckich partnerów, to będzie to ich tożsamość ukształtowana przez cywilizację judeochrześcijańską. Co więcej, Rubio powtórzył to kilkakrotnie, a znajduje się to też w amerykańskich dokumentach strategicznych: z tego dziedzictwa jego kraj chce być dumny i nie ma zamiaru za nie przepraszać. W tym kontekście wspomnienie o odkryciu Ameryki przez Krzysztofa Kolumba, który został przecież już wielokrotnie „zdekolonizowany” przez lewicowo-liberalne elity, miało wydźwięk symboliczny.
Czy Europa przyjmie tę propozycję? Czy zechce na powrót napełnić się dumą z tego, co zbudowała przez setki lat i z fundamentu, na jakim stanął gmach jej kultury? Wiele wskazuje na to, że nie. Kanclerz Merz powiedział w czasie monachijskiej konferencji, że „kulturowa walka ruchu MAGA nie jest naszą walką”, sprowadzając tym samym propozycje Rubio do jakichś odległych i podejrzanych ideologicznie wojenek między amerykańskimi politycznymi plemionami. Na wezwanie Amerykanina, by potraktować cuda kultury nie tylko jako dowód inspirowanej wiarą w Boga przeszłej wielkości, ale i zapowiedź cudów w przyszłości, ze strony dziedzica tejże przeszłości padła odpowiedź, że to w gruncie rzeczy nie jego sprawa.
Powrót do wygodnego parasola
Elity europejskie są raczej zainteresowane tym, aby jak najmniejszym kosztem politycznym i finansowym ustalić jak najkorzystniejsze dla siebie zasady współpracy militarnej i handlowej. Czyli, na ile się tylko da, powrócić do wygodnej sytuacji, gdy Amerykanie rozpościerali parasol i nie zadawali zbyt wielu pytań. To oczywiście w pełni jest niemożliwe, ale do rozmowy w tym zakresie przywódcy europejscy są gotowi. Do rozmowy o powrocie do tradycji i do chrześcijańskiego dziedzictwa swojego kontynentu, nie wspominając o odbudowaniu poczucia dumy ze swojej tożsamości – raczej nie. Co więcej, ci politycy, którzy zechcą się do tego w Europie odwoływać, zostaną automatycznie zepchnięci na margines polityki i zaklasyfikowani jako skrajni. Częściowo zresztą tacy będą, ale jednak z innych powodów.
Czy Europę stać na to, aby polityka stawiająca w centrum silną tożsamość opartą na duchowym dziedzictwie dostała się do mainstreamu? Z wielu powodów będzie to trudne. Czy bez tego zwrotu będzie możliwe zadzierzgnięcie na powrót więzów z Ameryką kształtowaną przez ludzi z otoczenia Trumpa, którzy przyjdą po nim? To jest pytanie, które po monachijskim przemówieniu Marco Rubio staje przed Europą w całej wyrazistości.
