Przez długie lata Zachód próbował obchodzić Boże Narodzenie tak, jakby było ono wstydliwym krewnym: niby jest, ale najlepiej go nie przedstawiać. Zostawała choinka, prezenty i iluminacje, natomiast chrześcijańskie źródło święta spychało się do przypisu. Zamiast „Boże Narodzenie” — „święta zimowe”, zamiast „narodzin Chrystusa” — „czas refleksji i empatii”.
Czy sprawa była prywatnie bolesna dla Rafała Trzaskowskiego trudno powiedzieć, ale po latach stołeczny Ratusz zaczął obchodzić znowu Boże Narodzenie.„Nie się dzieje Boże Narodzenie” głosi ostentacyjny napis na tegorocznych życzeniach. Niby normalne, ale do tej pory w duchu tolerancji, inkluzywności i neutralności życzenia wyglądały jakby za wszelką cenę starano się uniknąć ujawnienia z okazji jakich dni są składane. W 2021 roku ratuszowej grafice świątecznej przyświecał wielki Księżyc przywodzący na myśl obchody rodem z Turcji lub Arabii Saudyjskiej. W zeszłym roku „neutralna światopoglądowo” ślizgawka wyglądała jak plakat komunistyczny. Elementarnego religijnego odniesienia zawartego w samej nazwie święta prezydent Warszawy unikał jak ognia. Aż przestał unikać. Co się stało? Rafał Trzaskowski po prostu idzie jak zawsze – zgodnie z nurtem.
Bo nagle coś się zmienia. Bez fanfar, bez manifestów — ale wyraźnie. Politykom i celebrytom najwyraźniej znudziło się udawanie, że nie wiedzą, skąd wzięło się to święto.
Wystarczy spojrzeć na ostatnie tygodnie 2025 roku. Prezydent USA — niezależnie od tego, kto nim jest — po raz kolejny oficjalnie mówi o Christmas jako o święcie narodzin Jezusa Chrystusa, a nie „holiday season”. Jeszcze kilka lat temu takie sformułowania były przedmiotem nerwowych analiz w liberalnych mediach. Dziś przechodzą niemal bez echa — bo wracają do normy. Czy Donald Trump wykorzystuje potrzebę tej normy, czy ją tworzy to osobny, szeroki temat.
W Europie jednak także widać znaki zmiany. Włosi nie mają z tym problemu od dawna, ale w tym roku także politycy z Niemiec czy Francji coraz częściej mówią wprost o chrześcijańskim dziedzictwie Bożego Narodzenia. W Paryżu po raz kolejny broniono obecności szopek w przestrzeni publicznej, a argument „to element kultury i historii, nie prowokacja” przestał być traktowany jak herezja.
Zmiana jest widoczna także w świecie celebrytów. Znani sportowcy i aktorzy — również ci, którzy do tej pory woleli światopoglądową neutralność — publikują zdjęcia z pasterek, dzielą się fragmentami Ewangelii, piszą wprost o wierze. Cristiano Ronaldo składający życzenia „Merry Christmas” z religijnym odniesieniem nie budzi już burzy. Podobnie aktorzy z Hollywood, którzy jeszcze dekadę temu mówiliby co najwyżej o „magii świąt”, dziś bez kompleksów wspominają o Bogu i narodzinach Jezusa.
Nie chodzi o masowe nawrócenie elit. Raczej o zmęczenie absurdem. Bo ile można obchodzić święto, nie wolno wyjaśniać, czego ono dotyczy? Ile razy można tłumaczyć, że Boże Narodzenie to „uniwersalna opowieść o cieple”, nie wspominając, kto się właściwie urodził?
Z konserwatywnego punktu widzenia to zjawisko jest cenne właśnie dlatego, że jest nienapastliwe. Nikt nikogo nie zmusza do wiary. Po prostu przestaje się ją cenzurować. Chrześcijaństwo wraca nie jako ideologia, lecz jako oczywisty fundament kulturowy Zachodu.
Być może część tego powrotu jest koniunkturalna. Być może politycy wyczuli zmianę nastrojów. Ale nawet jeśli tak — efekt jest realny: Boże Narodzenie przestaje być świętem, którego trzeba się wstydzić.
A doświadczenie uczy, że gdy pozwoli się tradycji po prostu być, bez przepraszania za jej istnienie, ona potrafi mówić sama za siebie. I zwykle mówi więcej, niż planowali ci, którzy chcieli ją zastąpić reniferem i hasłem o „zimowej życzliwości”.
Boże Narodzenie — jak widać — zawsze w końcu wraca do domu.
Zdj. Do tej pory prezydent Trzaskowski unikał przypominania o chrześcijańskim charakterze Świąt Bożego Narodzenia. Jedne z życzeń…
