Najnowszy film o Odyseuszu był atakowany przez różnych „MAGA-owców” w rodzaju Muska. Ale tak naprawdę to opowieść bardzo konserwatywna, momentami niepoprawna i dość wierna Homerowi.
Całe sprawnie podane minimum, którego należałoby oczekiwać od przygód pana Odyseusza, jest. „Troja” to to nie jest, a Damon nie jest Bradem Pittem. Jest dobry, przekonujący, ale ta rola raczej nie zostanie z nami na zawsze. Wolfgang Petersen już nie żyje i wraz z nim odszedł pewien wyjątkowy sznyt pokazywania demoniczności oceanu oraz dynamiki postaci.
Efekty specjalne siłą rzeczy musiały być, więc są. Momentami przypominał mi się nieco „Jabberwocky” albo „Monty Python i Święty Graal”, ale nie na tyle, żeby przeszkadzało to w oglądaniu. Pod tym względem to przygodowe kino fantasy, ale dzięki homeryckiemu osadzeniu nawet osoba niezbyt przepadająca za typowym fantasy, jak ja, ogląda je z przyjemnością.
Czepianie się czarnej Heleny i tym podobnych rzeczy jest zrozumiałe — ale taki dziś trend w kinie. Jednocześnie nie ma tu wciskanego na siłę homoseksualizmu ani postaci transpłciowych, a kobiety pełnią mniej więcej tę samą rolę co w — mocno przecież sfeminizowanym — oryginale. Bywają wpływowe, jedne są dzielne, inne przerażające, ale jak wszyscy, mają tragiczne losy. Bogowie – chwalić Boga – nie pojawiają się w postaci komputerowych potworów, a w postaci działania sił natury i fatum ciążącego nad bohaterami. Wystarczy.
Tym bardziej zostawiam maniakom wytykanie, czy w XII wieku p.n.e. były takie zawiasy w bramie, a nie inne, albo czy kamienie układano w taki czy inny sposób. W końcu Homer — o ile istniał — również popełnił błędy, opisując elementy uzbrojenia typowe raczej dla epoki wczesnych polis niż dla kilkaset lat starszej epoki mykeńskiej.
Zaraz tu będzie czarny jeździec!
Zabawnym podpisem à la „made in USA” jest wygłoszona w pewnym momencie refleksja bohatera: „dobiega końca nasza epoka brązu”. Ludzie nie wiedzą, w jakiej epoce żyją, nawet jeśli są mitologicznymi postaciami i rozmawiają z bogami oraz umarłymi. Podział na epoki kamienia, brązu czy żelaza wprowadzili dopiero archeologowie w XIX wieku. Był to jednak całkiem ciekawy sposób „zhistoryzowania” tej bajki i osadzenia jej w realiach najazdu Ludów Morza, który wysadził w powietrze struktury polityczne świata drugiego tysiąclecia p.n.e. Odyseusz mierzy się nawet — patrząc na to z dzisiejszej perspektywy — z jedną z teorii współczesnej historiografii, według której Ludami Morza byli między innymi wygłodniali wskutek zmian klimatycznych Mykeńczycy. Aż przypomina się mój ulubiony dowcip o czarnym jeźdźcu.
Do tego dochodzi sporo dość banalnych, choć bez dwóch zdań słusznych refleksji bohatera na temat wojowniczo-destrukcyjnego charakteru ludzkości. Wątek kary za łamanie boskich praw i odwiecznych zwyczajów jest jak najbardziej homerycki, ale dla dzisiejszego kina to coś, czego właściwie od dwóch dekad się nie ogląda. Można by wręcz powiedzieć: motyw niepoprawny.
Ogólnie nie jest źle. To przyzwoite widowisko, w którym honor, wierność i lojalność są „na propsie”. Warto wybrać się do kina, dobrze się pobawić, przypomnieć sobie „Iliadę i Odyseję” (te małe bryki, które w liceum — wbrew przestrogom pani od polskiego — przeczytaliście zamiast całego utworu), a potem zająć się czymś innym… albo napisać własną recenzję.
