Kilka dni temu jedna z ważnych komisji ONZ, organ zajmujący się polityką gospodarczą i społeczną, znany pod orwellowskim skrótem ECOSOC, zatwierdziła nowych członków, którzy wzmocnią jej szeregi i będą zajmować się sprawami programowymi, koordynacją oraz organizacjami pozarządowymi. A jest co koordynować, bo są tam i sprawy kobiet, i rozbrojenie, i walka z terroryzmem… Aż się prosi o ludzi z doświadczeniem. Znalazły się więc w tym gronie między innymi Iran i Kuba — kraje znane z wieloletniej praktyki w tych dziedzinach.
Zwłaszcza Iran wie, jak postępować z kobietami, bo zamordowano ich tam wiele, choćby za niewłaściwy ubiór — co doceni każdy wrażliwy estetycznie. A o tym, że władze Iranu znają się na finansowaniu organizacji terrorystycznych, przekona się każdy, kto przyjrzy się karierze Hamasu i Hezbollahu. Kuba ostatnio nieco słabuje, ale pewnie znajdą się tam starsi towarzysze, pamiętający eksport rewolucji do krajów afrykańskich w czasach, gdy Związek Radziecki miał jeszcze nadzieję, że uda się opanować świat. U nas tacy towarzysze byli wysyłani do Parlamentu Europejskiego, więc czemu towarzysze kubańscy nie mają posłużyć doświadczeniem w ONZ razem z jakimś dobrze usposobionym ajatollahem?
Wszystko to są oczywiście żarty nie na poziomie, bo wszyscy wiemy, że jeżeli komuś zawdzięczamy pokój na świecie, to właśnie ONZ. To jest taka wspaniała organizacja, w której mordercy przemieniają się w cudowny sposób w szczerych demokratów, a zamordyści uczą tolerancji — i nawet im powieka nie drgnie, gdy ktoś wspomina o egzekucjach u nich w domu. A dziennikarzom nie wypada o tym wspominać, więc trzymają się zasad.
Dlaczego ONZ nadal istnieje? Odpowiedź na to proste pytanie jest oczywiście złożona, ale sedno problemu leży w tym, że każdy ma tam jakąś korzyść. Kraje zwane dawniej Trzecim Światem, a obecnie Globalnym Południem, mają satysfakcję z tego, że mają forum, by mogły krytykować bogatych, wyciągać od nich pieniądze i umieszczać swoich ludzi na dobrze płatnych posadach. Krajom dawnego Zachodu, z wyjątkiem Stanów Zjednoczonych, wydaje się, że czynią coś dobrego dla świata i dla pokoju, ale tak naprawdę mają doskonałe miejsce, w którym można ubijać interesy z krajami biedniejszymi w taki sposób, żeby zapłacić mniej, wykorzystując posady oenzetowskie do korumpowania partnerów. Są też kraje, które mają u siebie siedziby rozmaitych agend — a to zawsze i zarobek, i prestiż. Stali członkowie Rady Bezpieczeństwa sądzą, że kontrolują stan polityki międzynarodowej, a niestali członkowie są zadowoleni, że ich znaczenie wzrosło w czasie kadencji. Jest to też doskonałe miejsce na zsyłkę dla byłych polityków, coś w rodzaju ogromnej dyplomatycznej placówki w Ułan Bator. Nie udało się Dudzie czy Hołowni, ale takiej Annalenie Baerbock już tak. No i wreszcie — to pod egidą ONZ odbywa się już czwartą dekadę walka ze zmianami klimatycznymi, a chociaż jej skuteczność nie jest wielka, jednak samo prowadzenie walki daje wiele rozmaitych korzyści wszystkim walczącym stronom.
Oprócz tego można odnieść wrażenie, że tak zwana społeczność międzynarodowa żyje w przekonaniu, że likwidacja oenzetowskiej biurokracji wprowadziłaby politykę międzynarodową w stan chaosu i cofnęłaby nas do okresu wielkich wojen i bezwzględnej rywalizacji. Bo, jak wiadomo, wojny i rywalizacja przebiegają o wiele lepiej, gdy państwa, które się nimi zajmują, zasiadają w odpowiednich komitetach, w których mogą blokować skierowane przeciwko sobie rezolucje. Niby więc wszyscy wiedzą, że król jest nagi, ale jakoś krępują się to głośno powiedzieć i starają się wyciągnąć z tej dyplomatycznej fikcji jak najwięcej.
Absurdy, o jakich wspomniałem na początku — gdy gangsterzy desygnowani są do komisji walczących ze zorganizowaną przestępczością — wynikają zatem wprost z samej natury ONZ. Krzyżują się tam setki nici i tysiące interesów i aby ugrać coś dla siebie, trzeba iść na niezliczone kompromisy. Można powiedzieć, że jest to swego rodzaju laboratorium polityki, taki polityczny świat w kropli wody, w którym widać, że wszyscy muszą się ubrudzić, żeby mechanizm mógł działać. Bo grono, które uzgodniło kandydatury, wśród których znalazły się Iran i Kuba, obejmowało takie kraje jak Austria, Finlandia, Francja, Hiszpania, Kanada, Wielka Brytania… Niestety także Polska. Gdyby kierować się tym, co politycy tych krajów mówią, wówczas taki Iran nigdy nie znalazłby się w żadnym gremium. Jednak wchodząc do gmachu ONZ, ich przedstawiciele znajdują się w odrębnym świecie — w świecie „wicie, rozumicie…”. A w nim wszystko jest możliwe i żadne kategorie rozsądku czy moralności nie mają znaczenia.
Jedynym krajem, który oficjalnie zdystansował się od tego wyboru, są Stany Zjednoczone. Tak, tak. Te okropne Stany Zjednoczone, na których czele stoi arogancki wariat, odsądzony od czci i wiary przez cały cywilizowany świat i potępiony ostatnio przez papieża (zresztą z wzajemnością). W takich przyszło nam żyć czasach, w których tylko wariaci nie godzą się na to, aby sprawami kobiet zajmowali się politycy, którzy mają ich krew na rękach. Pozostali potulnie godzą się na uczestniczenie w oenzetowskiej farsie, bo mają w tym interes. Także Polska.
