(…) Najświeższe drzewa rodu mojego gałązki
Spłonęły za murami w getcie i w Powstaniu,
Lub w powojennym gruncie przyjęły się grząskim
I wypuściły pączek – o nim w jednym zdaniu:
Chodziłem do kościoła – oglądać witraże,
W komunistycznej szkole miałem same piątki,
Od dziecka byłem głodny podróży i wrażeń
Nieświadom, że to złego miłe są początki.
Nie mam blizn po kajdankach, napletek posiadam,
Na świat przyszedłem w czepku, nie pod ułańskim czakiem;
Po dekadzie wygnania – polskim jeszcze władam,
Proszę więc o dokument, że jestem Polakiem.
Gdyby żył, skończyłby 22 marca 69 lat i obchodziłby pięćdziesięciolecie występów przed szeroką publicznością. Przy czym „szeroka” oznacza występy w klubach studenckich i na Warszawskim Jarmarku Studenckim, podczas którego został po raz pierwszy zauważony. Co ciekawe, w tym samym roku w warszawskiej Rivierze debiutował też, starszy o pięć lat, Przemek Gintrowski. Trzy lata później wraz ze Zbigniewem Łapińskim stworzyli trio, które przez kilkanaście lat, mimo kilkuletniej przerwy, spowodowanej emigracją Jacka, miało poetycki rząd dusz w naszym pokoleniu.
W „Drzewie genealogicznym” z programu Sarmatia z 1994 roku jest chyba wszystko, co Jacek chciałby o sobie powiedzieć. Żydowskie pochodzenie od strony matki, do którego nie przywiązywał znaczenia w swojej twórczości. Jeżeli śpiewał o Żydach, to raczej było to poza nim, po prostu fragment historii, zresztą bardzo rzadko odnosił się do tego tematu. Wychowywali go dziadkowie, przedwojenni komuniści pochodzenia żydowskiego, ale dla nich to komunizm był wyznaniem. Nie odnosili się do narodowości, a Boga odrzucali. Tu pierwsza ze zwrotek zostaje wyczerpana…
Ale dużo ważniejsza jest druga. Czy naprawdę chodził do kościoła tylko po to, by oglądać witraże? Kaczmarski oddaje w swoich utworach ogromny hołd kulturze europejskiej, opartej na przywiązaniu do chrześcijaństwa, on się z nią nie wadzi, nie sprzeciwia, nie szuka innych początków. Program Raj, który stworzyli we trzech, może być zarówno wyznaniem wiary, jak i pokazaniem Boga jako tyrana, jednak Boga nie neguje. To raczej odniesienie do spojrzenia ze Starego Testamentu (tu można byłoby ewentualnie doszukiwać się korzeni żydowskich), jednak ja zawsze od początku lat’80 raczej widziałem w tym projekcie poszukiwanie Absolutu.
Nie ulega wątpliwości, że Kaczmar miał w sobie jakiś geniusz i łatwość uczenia się. Łatwość dzielenia się wiedzą za pomocą swoich tekstów. W komunistycznej szkole miał same piątki. To ma być prześmiewcze, bo jak tu być antykomunistą, skoro chodziło się do komunistycznej szkoły i na dodatek na samych piątkach. Ale był też hedonistą, chciał podróżować, zwiedzać, smakować, a nade wszystko się bawić i niby nic w tym złego, jednak był w stanie poświęcić, dla takiego życia najbliższe relacje. To złego były początki, coś, co rozbiło jego dwie rodziny, które założył. Ile innych rodzin zostało poranionych, gdy zakochane kobiety biegły za nim, zapominając o swoich zobowiązaniach, to już trudno powiedzieć. Blizny, których brak i przodkowie, którzy nie walczyli za Ojczyznę, to kokieteria. Prosi o świadectwo bycia Polakiem facet, który tworzy poezję po polsku na najwyższym poziomie, którego teksty były motywem przewodnim nie tylko mojego pokolenia, ale też i starszych od nas o dwadzieścia lat opozycjonistów lat’80. Oczywiście, że mu się należy i on o tym wie, bo zna swoją wartość, to cały Jacek.
Kim był Kaczmarski dla nas, dla całego pokolenia lat 80? To, że byliśmy kaczmarologami, mówiliśmy jego tekstami, rozumiejąc się po pierwszym wersie, to oczywiste. W naszym slangu pozostało jeszcze dużo zwrotów: „Muzeum wszystkich nie pomieści”, „Padać i wstawać, padać i wstawać, i wstać”, „Pomóż mi przejść przez strumień – rękę daj”, „Dałeś mi Panie zbroję”. Kaczmarski jest też człowiekiem paradoksu. „Mury” wymknęły się całkowicie spod kontroli. Hymn „Solidarności”, mówiący o samotności jednostki, którą wyczekana rewolucja odrzuciła. Przecież trudno o większe nieporozumienie. „Kantyczka z lotu ptaka”, stworzona jako krzywe zwierciadło dla bogoojczyźnianych rządów polskiej prawicy początku lat 90, stała się niemalże hymnem a rebours, rozumianym jako uderzenie w liberalny sposób bycia, którego Jacek był zwolennikiem, ba, nawet wielbicielem. I tak słuchając w tym roku „Kantyczki…” na rozpoczęcie karczmy „Solidarności”, zastanawiałem się, czy istotne jest, co artysta chciał powiedzieć, czy to, co usłyszał odbiorca. Czy genialny tekst to przekaz zamierzony, czy usłyszany. Chyba i jedno i drugie. Może geniusz Jacka polegał na tym, że każdy mógł usłyszeć to, co chciał, ale wszyscy razem słyszeliśmy to samo.
Moje wspomnienia związane z Jackiem i Przemkiem są różne. Najpierw słuchanie, do bólu, do znudzenia, wszystkiego, co docierało w jakiejkolwiek formie, głównie na kasetach. Słuchanie i śpiewanie, na imprezach, na spotkaniach pijackich, kiedy myśleliśmy, że jesteśmy kolejnym straconym pokoleniem i „siedzimy nad bimbrem, gdy ojczyzna nam umiera, gniją w celach koledzy, z wolna się kręci powielacz.” Oglądaliśmy jego oczami obrazy Linkego, jadąc w „Czerwonym autobusie”, Matejki, kładąc się wraz z Reytanem w progu lub niosąc na rękach Króla Stasia, wiedząc, że na tortach dał napis „vivat Katarzyna”. Ale też i Bruegla, trzymając się i padając jak „Ślepcy” czy z szubienicy, oglądając „Pejzaż z szubienicą”. To były lekcje historii, pogłębiane potem na spotkaniach w duszpasterstwie i lekcje z historii sztuki, które poszerzaliśmy po latach sami, mając możliwość podróży po Europie.
Potem w latach 90 były koncerty, na które jeździłem wszędzie, gdzie się dało w okolicy, do Krakowa czy Bielska. I wreszcie trasa, którą wraz z Adasiem Borowskim zorganizowailiśmy w 1999 roku. Ostatnia wspólna trasa genialnego tria. Jacek umarł w 2004, za nim poszli Przemek i Zbyszek. Ale muzyka trwa. I chociaż córka Jacka napisała o nim rzeczy dość straszne – dla mnie są one w części związanej z alkoholem prawdziwe, a w części z molestowaniem mało prawdopodobne – jedno jest pewne, Oni byli najwięksi i bez nich historia życia moja i moich przyjaciół byłaby inna.
„A ty siej, a nuż coś wyrośnie…”
