Pani minister (zwana przez niektórych ministrą) kultury Marta Cienkowska od czasu do czasu robi coś dobrego. Dwa dni temu na przykład wręczyła nominację na pięcioletnią kadencję pełniącemu obowiązki dyrektora Instytutu Pileckiego Karolowi Madajowi. Od września będzie on spokojny o swoją pozycję — oczywiście na tyle, na ile spokojny może być jakikolwiek dyrektor instytucji publicznej w naszym kraju. W każdym jednak razie o wiele spokojniejszy niż ten, kto pełni obowiązki i może zostać odwołany w każdej chwili.
Powie ktoś, że twórczyni tego Instytutu, prof. Magda Gawin, została przed dwoma laty bezprawnie odwołana w trakcie kadencji, i będzie miał rację. Jednak do tego trzeba było tak ponurej postaci jak Bartłomiej Sienkiewicz, który wsławił się czystkami w publicznych mediach i instytucjach kultury, a o ludziach wyrzucanych ze stanowisk mówił z pogardą, że są „asfaltem”, który nie może dyktować walcowi (czyli jemu), którędy ma jechać. Miejmy jednak nadzieję, że obecność takich kreatur jak Sienkiewicz w Ministerstwie Kultury należy bezpowrotnie do przeszłości.
Po Sienkiewiczu nastała w pałacu przy Krakowskim Przedmieściu postać nieco mniej smutna, ale za to o wiele bardziej bezbarwna, której szkodliwość nie rzucała się przez to tak bardzo w oczy. Była nią Hanna Wróblewska i to ona powołała do Pileckiego człowieka, który mógł doprowadzić do faktycznej likwidacji misji Instytutu — prof. Krzysztofa Ruchniewicza. Znawcę historii i kultury Niemiec, patrzącego na naszą historię przez pryzmat swoich fascynacji i afiliacji.
Mówiąc w skrócie, był to wilk, którego celem było wytłumaczyć owcom, że aby odkupić swoje winy wobec wilczego stada, powinny zapomnieć o swoich porwanych i pożartych przodkach i przestać się domagać zwrotu owczych skór, na których wylegują się kolejne pokolenia wilków.
Wtedy pojawiła się Marta Cienkowska i po raz pierwszy zrobiła coś dobrego, czyli odwołała Ruchniewicza. Nie zrobiła tego sama z siebie — wymusiła to na niej presja środowisk opiniotwórczych, których przedstawiciele wypowiadali się szeroko w mediach tradycyjnych i społecznościowych. Pomagał im w tym sam profesor Ruchniewicz, który swoim zachowaniem dostarczał paliwa społecznemu oburzeniu. W końcu władze uznały, że obrona tej pozycji wymaga zbyt wiele zaangażowania i lepiej będzie człowieka poświęcić. Wszyscy odetchnęli z ulgą, a minister Cienkowska powołała Karola Madaja na stanowisko pełniącego obowiązki dyrektora.
Był to ruch dobry, choć połowiczny, bo Instytut pozostawał w pewnym zawieszeniu. W każdej chwili mogło się okazać, że wilki mogą powrócić, gdyby tylko ktoś na górze uznał, że ich powrót nie przysporzy niepotrzebnych kłopotów. No i nareszcie, po roku niepewności, gdy wskazówka czujnika głupoty w działaniach rządowych nominatów wybiła poza skalę wraz z działalnością pani noszącej to samo nazwisko co legendarny stoper drużyny Kazimierza Górskiego, minister Cienkowska dostała zapewne z góry zielone światło, aby sytuację w Pileckim ustabilizować, bo przed wyborami nie ma co tam rumakować.
Z całej tej historii wynika jeden ważny morał. Otóż, gdy sprawa jest naprawdę ważna i słuszna, a działania władzy są ewidentnie szkodliwe dla bardzo szeroko pojętego interesu Polski, środowiska opiniotwórcze mogą się zjednoczyć i wywrzeć skuteczną presję na rządzących.Tak było w przypadku Pileckiego, tak było też w przypadku Muzeum Historii Polski, w którym co prawda zmieniono dyrektora, ale nie wprowadzono niszczących zmian.
To jest ten nasz najmniejszy wspólny mianownik, nasze egzystencjalne minimum. Dobrze by było, gdybyśmy byli w stanie zawsze być w stanie go bronić, bo wilki nie śpią. I dobrze by było, gdybyśmy byli w stanie to minimum poszerzać.
Na razie pozostaje tylko westchnąć z ulgą i życzyć załodze Pileckiego powodzenia.
