Ile razem dróg przebytych? Ile ścieżek przedeptanych?
Gałczyński „Ocalić od zapomnienia” napisał w 1945, najprawdopodobniej nie wiedząc wtedy jeszcze, czy wróci do Polski. Ale dzisiaj wiersz byłby znany tylko nielicznej rzeszy fanów, gdyby nie Marek Grechuta i zespół Anawa. I tak mi ten fragment chodzi wciąż po głowie od momentu śmierci Przyjaciela. I wiem, że ciąg dalszy już średnio, ale początek mi bardzo do mojej relacji z Maciusiem pasuje. I dzisiaj chciałem napisać tekst o Nim, ale mimo, że już się tak nie rozrzewniam, jak jeszcze wczoraj, to chyba muszę nabrać dystansu. Bo to jednak czterdzieści lat przyjaźni i teraz, z kwestii ziemskich, najważniejsze jest, żeby pamięć ocalić od zapomnienia.
Po ostatnim felietonie dostałem masę wpisów, sms-ów i telefonów. Pewnie ze względu na Maciusia, ale dla piszącego, nie ma nic ważniejszego niż świadomość bycia czytanym. To pokazuje, że ludzie mają przesyt polityki, że potrzebują porozmawiać o filmie, książce czy piosence. Kiedy pisałem poprzedni tekst, nie wiedziałem, że ukaże się w tak smutnych okolicznościach. Być może, gdyby nie one, nie zostałby zauważony. Mimo, że wiem, że nie da się wejść kolejny raz do tej samej rzeki, jednak zaryzykuję i znowu zajmę się moim ulubionym tematem.
Marek Grechuta był zjawiskiem w polskiej piosence. Uwielbiałem go jako dzieciak. Pamiętam, jak w 1971 wyszła płyta „Korowód”. Tata słuchał jej przy mnie i miałem jakiś żal, że to nie to, co tak mocno pokochałem, jak „Niepewność” czy „Nie dokazuj”. Miałem wtedy dziewięć lat i samego „Korowodu” nie umiałem zrozumieć. A teraz właśnie ten utwór wydaje mi się najważniejszy:
Kto pierwszy szedł przed siebie? Kto pierwszy cel wyznaczył?
Kto pierwszy w nas rozpoznał, kto wrogów, kto przyjaciół?
Kto pierwszy sławę wszelką i włości swe miał za nic?
A kto nie umiał zasnąć, nim nie wymyślił granic.(…)
Może, z perspektywy czasu, słowa są odbiciem ruchów hipisowskich, jednakże to bardzo ważne pytania i w pewnym okresie życia każdy je sobie powinien zadać. A na pytanie powinna być odpowiedź, bo można uznać, że własność prywatna i granice państwowe są niepotrzebne, a ludzie powinni być braćmi, co oczywiście jest możliwe tylko w utopii. Ale można podejść do tematu inaczej, bo nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi. Zresztą piosenki-wiersze, śpiewane przez Grechutę, częstokroć zawierają pytania, niekoniecznie wprost. Stwierdzenie: „Więc ja chciałbym twoje serce ocalić od zapomnienia” jest co prawda twierdzeniem, ale aż ciśnie się podtekst – jak to zrobić?
W latach 70 kończy się era bigbitu, która przemknęła szybko, zostawiając masę utworów śpiewanych do dzisiaj. Zespoły, które dalej grają, zdecydowanie łagodnieją: Trubadurzy, Czerwone Gitary, resztki po Niebiesko–Czarnych to już bardziej muzyka popularna. Pojawiają się kapele nastawione na trochę bardziej wymagającego odbiorcę. Dwie najważniejsze istnieją do dzisiaj, chociaż Budka Suflera pozostawiła sobie tylko nazwę, bo skład się przemielił całkowicie. Tytułowy utwór z pierwszego albumu „Cień wielkiej góry”, mówiący o prawdziwej tragedii w Himalajach, stał się, może nie hymnem, ale jednym z najważniejszych utworów mojego pokolenia. A myślę, że gdyby w latach 80. nie zdarzyło się to wszystko, co się wydarzyło, to jednak tym hymnem by był. Bo przesłanie jest jasne – nie bój się, walcz, musisz osiągnąć cel.
(…)Góry wysokie
Wiem, co z wami walczyć każe
Odwaga, śmierć
Te są zawsze tutaj w parze
Największa rzecz
Swego strachu mur obalić
Odpadnie stu
Lecz następni pójdą dalej
Tylko czasem, czasem zamyślenie
Tylko czasem zamyślenie
Sam możesz wybierać los
Szczytów, szczytów ślad
Sam możesz wybierać los
Zrozum to, wejdź na szczyt
Utwory z tego albumu śpiewaliśmy latami. Nie było ich dużo, bo druga strona to suita, w większości instrumentalna „Szalony koń”, z grającym na moogu Czesławem Niemenem. Potem Budka wydała drugi album ze świetną „Nocą nad Norwidem” i chwilę później stała się kapelą o zupełnie innym obliczu, lansując dziesiątki piosenek z różnymi solistami. To do dziś jest ewenement na polskiej scenie muzycznej.
Koncerty w Częstochowie odbywały się w latach 70. praktycznie tylko w Filharmonii. Pierwszy raz byłem tam jeszcze w przedszkolu, oczywiście z rodzicami, na Niebiesko–Czarnych. Potem widziałem chyba wszystko, co w polskim bigbicie się mogło wydarzyć. Z czasem, jak skończyłem 12 lat, zacząłem chodzić na koncerty sam. Ojciec kolegi był lekarzem i jego pacjentką była bileterka, która dawała znać, że ma być jakiś koncert i sprzedawała nam bilety spod lady. Zainteresowanie było tak wielkie, że nawet nie były nigdzie klejone plakaty. Wtedy najczęściej przyjeżdżały kapele węgierskie: Lokomotiv GT, Omega, Bergendy, General. I na ogół miały swoje supporty.
I tak zobaczyłem kapelę, o której wspomniałem wcześniej, która weszła przebojem i stała się ikoną muzyki, a koncertuje w tym samym składzie do dzisiaj. To chłopaki ze Śląska, z Siemianowic: Józef Skrzek, Antymos Apostolis i Jerzy Piotrowski czyli najmocniejsza i chyba najlepsza w historii polskiego rocka kapela SBB. To, co potrafili wtedy zrobić na scenie ci trzej młodzi ludzie, było super. Pamiętam, że jak Antymos zagrał smyczkiem po strunach gitary, z sufitu posypała się zaschnięta farba. Piotrowski na bębnach, cudowny, z energią, jakiej nie widziałem w Polsce nigdy, brzmiał jak Billy Cobham, i jeszcze Skrzek na klawiszach i basie. Na którymś koncercie zobaczyłem dwa zestawy perkusji. Na drugim zagrał przez część koncertu Apostolis. No, to była już nie wyższa, a najwyższa szkoła jazdy. Teraz jak tylko grają w Siemcach, zawsze jeżdżę i to się nie tylko nie postarzało, jest jeszcze lepsze i dojrzalsze.
I tak mógłbym o tej muzyce godzinami, tak jak mogłem z rozmawiać z Maciusiem tekstami piosenek. Więc może zakończę z Kaczmara, chociaż wiem, że do całej reszty on średnio pasuje: „Nic się nie kończy zwykłym „tak” lub „nie” i nie na darmo giną bojownicy”… wiem, że powinno być wojownicy, ale Ty, mój drogi, miałeś na bezpiece Sprawę Obiektowego Rozpracowania kryptonim „Bojownik” i byłeś wielkim Bojownikiem. I o tym też kiedyś napiszę…
***
FOT. Okładka płyty Marek Grechuta&Anawa „Korowód” (Polskie Nagrania, 1971)
