Jesteśmy w sanatorium. Całkiem niedawno dziadkowie jeździli do takiego dziwnego miejsca, głównie do mitycznego Ciechocinka (tam, gdzie Dom Zdrojowy jak śpiewali, w latach 90. T-Raperzy z nad Wisły).
Sanatorium to było coś tak odległego i nierealnego, że nigdy miało się nie przydarzyć. Bo przecież po co tam jeździć…, no i przyszło na to, że tu jestem i nawet jest ok. I pewnie o tej dziwnej instytucji coś napiszę. Jednak dziś wracam do tego co lubię najbardziej czyli do piosenek. Śpiewać może nie umiem zbytnio, tańczenie też takie sobie, ale polska muzyka, to jest temat ponadczasowy.
–Dla mnie najlepszą polską piosenką jest „Pamiętasz była jesień”. Leszek, siedzący z nami przy stoliku podczas jedzenia posiłków, okazał sie być zawodowym muzykiem i wdaliśmy się w krótką dyskusję w temacie. Dla mnie, to też najlepszy utwór z czasów PRL. Chociaż oczywiście nie jest to takie jednoznaczne. Utwór jest zjawiskowy, pojawia się w filmie „Pożegnania” raz, śpiewany głosem Sławy Przybylskiej. Ale na ekranie widać zapomniana dziś aktorkę Annę Łubieńską. Motyw muzyczny przewija się jeszcze kilkakroć. Sam film Hasa jest boleśnie słaby. Rozpoczyna się w 39, a potem przechodzi od razu w rok 45. Nie ma w nim logiki, wszystko jest sztuczne i odklejone od rzeczywistości. Polska międzywojenna jest pokazana jak satyra samej siebie. Wszystko przerysowane i ośmieszone, a sam motyw miłości, przypadkowych, nigdy nie skonsumowanych kochanków, zupełnie nie trzyma się jakichkolwiek realiów. Szkoda nawet opowiadać bo wszystko co było dawniej jest złe, skorumpowane, wyjechało do Londynu. W scenie końcowej główny bohater, grany przez Janczara, odpala papierosa żołnierzowi „wyzwalającemu” Warszawę. Po chwili spotyka swoją miłość, uwolnioną już, od granego przez Holoubka, arystokratycznego męża, który uciekł razem z Niemcami. To wszystko ma być symbolem nowego, lepszego jutra, bez nierobów z arystokracji.
A jednak sama piosenka ma taką siłę, że przetrwała prawie siedemdziesiąt lat i funkcjonuje świetnie bez filmu. Jest wręcz jego zaprzeczeniem, nie trzyma się fabuły i jest przepełniona sentymentem i nostalgią, za czymś co nieodwołalnie odchodzi, zarówno w życiu osobistym jak i społecznym. Scena w której jest śpiewana, umiejscowiona jest w 1939, kiedy film nie jest jeszcze aktem oskarżenia na rzeczywistość II RP. Zresztą do tego momentu jest w nim potencjał, który potem ze sceny na scenę marnieje w oczach.
Pamiętasz, była jesień
Mały hotel „Pod Różami”, pokój numer osiem
Staruszek portier z uśmiechem dawał klucz
Na schodach niecierpliwie
Całowałeś po kryjomu moje włosy
Czy więcej złotych liści było
Czy twych pieszczot, miły
Dzisiaj nie wiem jużOdszedłeś potem nagle, drzwi otwarte
Liść powiewem wiatru padł mi do nóg
I wtedy zrozumiałam, to się kończy
Pożegnania, czas już przekroczyć próg
Pamiętasz, była jesień
Pokój numer osiem, korytarza mrok
Już nigdy nie zapomnę hoteliku „Pod Różami”
Choć już minął rokKochany, wróć do mnie, ja tęsknię za tobą
I niech rozstania, kochany, nie dzielą nas już
Pociągi wstrzymać, niech nigdy już listonosz
Złych listów nie przynosi pod hotelik róż (….)
Rozpisałem się o „Pożegnaniach”, a przecież potencjał polskiej muzyki jest ogromny, ale miejsca niezbyt dużo, więc tylko taki mój mały „topik”, który może jutro przedyskutuję z Panem Leszkiem przy śniadaniu.
Numer dwa to „Wspomnienie” i Niemen. Każdy, powyżej 50. musi go znać, a powyżej 40. powinien. I chociaż Niemen ma kilkanaście utworów, którymi się fascynowałem, to właśnie „Wspomnienie” jest najwspanialsze. Bo każdy, kto zakochał się, choćby na kilka dni, w dziewczynie z podstawówki czy podwórka śpiewał wtedy Tuwima:
Mimozami jesień się zaczyna
Złotawa, krucha i miła
To ty, to ty jesteś ta dziewczyna
Która do mnie na ulicę wychodziłaOd twoich listów pachniało w sieni
Gdym wracał zdyszany ze szkoły
A po ulicach w lekkiej jesieni
Fruwały za mną jasne anioły (…)
Przy tych dwóch tytułach nie mam wątpliwości, dalej zaczyna się problem. Zjawisk było na polskiej scenie muzycznej tyle, ze trudno ot tak jednoznacznie powiedzieć, że to ten. Genialni mistrzowie tekstów: Przybora, Osiecka, Młynarski, Kofta czy mój ukochany Kaczmarski. Fantastyczni wykonawcy: Demarczyk, Grechuta, Szczepanik, Skaldowie. A przecież dziesiątki kapel big bitowych i solistki i soliści: Sobczyk, Stanek, Majdaniec, Rusowicz, Klenczon, Krajewski. A z innej strony, zupełnie niedoceniani i wyśmiewani przeze mnie, w czasach młodości Fogg, Santor czy dziesiątki innych.
Trzecie miejsce w historii polskiej muzyki z okresu PRL daję Skaldom i Łucji Prus za utwór „W żółtych płomieniach liści”. Kiedy słuchałem go jako niespełna dziesięciolatek czułem jakąś magię. Lubiłem wtedy mocne uderzenie i teoretycznie nie było powodu żeby mi się podobał, a jednak. Dopiero niedawno, szukając informacji do jakiegoś felietonu doczytałem, że miał on konkretne, drugie dno. „I ja żegnałam nieraz kogoś…”, to nie tylko słowa o pożegnaniach (akurat, przypadkowo wracamy do jedynki), ale o konkretnych pożegnaniach, które były następstwem wydarzeń z marca 1968. I o ile można różnie oceniać, to co się wtedy wydarzyło, to utwór jest cudowny, a wokal Łucji Prus połączony z muzyką Skaldów daje efekt piorunujący.
W żółtych płomieniach liści
Brzoza dopala się ślicznie
Grudzień ucieka za grudniem,
Styczeń mi stuka za styczniem
Wśród ptaków wielkie poruszenie,
Ci odlatują, ci zostają
Na łące stoją jak na scenie,
Czy też przeżyją, czy dotrwają
I ja żegnałam nieraz kogo
I powracałam już nie taka
Choć na mej ręce lśniła srogo
Obrączka srebrna jak u ptaka (…)
Dalej trudny wybór, bo przecież jest jeszcze „Korowód”, fantastyczne utwory Ewy Demarczyk, cała fala big bitu z Niebiesko–Czarnymi, Czerwono–Czarnymi, Breakoutem czy mniej znanymi Polanami czy Dżamblami. A lata 70/80 i wysyp fantastycznej muzy z SBB, Budką Suflera, Dżemem czy Maanamem? A gdzie ulokować zjawisko jakim był Kabaret Starszych Panów na przełomie lat 50/60 czy też na drugim biegunie Jacka Kaczmarskiego razem z Gintrowskim i Łapińskim czy Jana Krzysztofa Kellusa?
Oczywiście nie mieliśmy polskich Pink Floydów czy Beatlesów, ale mieliśmy coś czego nie było, w takim nasileniu, w innych demoludach. Nasza muzyka była w większości muzyką buntu lub próbą obejścia cenzury. I chociaż będąc w sanatorium powinienem śpiewać raczej za Starszymi Panami: „Już szron na głowie już nie to zdrowie...” to bardziej mi jednak pasuje: „Jeszcze w zielone gramy”. I tego się trzymajmy. A do tematów muzycznych jeszcze z radością wrócę.
***
FOT. Okładka płyty CD – Sława Przybylska „Pamiętasz…” (Agencja Wydawnicza MTJ, 2017).
