Po zielonej trawie piłka goni…

Po zielonej trawie piłka goni…

blank

Mam swoje wspomnienia, te same, co większość 60+. Monachium 74 i coś, co zapamiętaliśmy na zawsze. To trzecie miejsce to był sztos. W tym PRL-u, gdzie wszystko było propagandą, udało się coś, co udawało się wtedy rzadko. Był prawdziwy sukces, a władza mogła go skonsumować. I nie dość, że nikomu to nie przeszkadzało, to nawet wszyscy byliśmy dumni…

Problemem ludzi starszych jest częstokroć pamięć. Z wiekiem przychodzą rozliczne choroby, które tę pamięć osłabiają, ale jest też druga strona medalu.  Pamiętamy czasy, o których większość ludzi żyjących mogła tylko czytać lub (w obecnych czasach) oglądać w necie. Teraz to już nie jest tak szokujące, jak pięćdziesiąt czy sto lat temu, kiedy przekaz słowny powodował wypieki na twarzach słuchaczy. „Czytałem o tym w książkach, a pan tam był, niesamowite”. Obecnie zostało to zastąpione: „tak, jest taki portal, wszystko można w nim znaleźć na ten temat”. Ale jednej rzeczy nie da się przekazać – prawdziwej emocji.

Mój wnuk uwielbia oglądać w necie katastrofy lotnicze i morskie. Nie wiem, czemu akurat to, ale tak jest, od czasu kiedy zaczął się interesować komputerem. Obecnie jest Mundial, więc interesuje się zupełnie czym innym.  Katastrofę polskiej piłki mamy już za sobą. Nie załapaliśmy się nawet do rozgrywek, w których gra 48 drużyn. To już nawet nie jest blamaż, to piłkarska tragedia. Ale nie będę się nad tym rozwodził, bo po pierwsze się nie znam, a po drugie… Po drugie mam swoje wspomnienia, te same, co większość 60+. Monachium 74 i coś, co zapamiętaliśmy na zawsze. Co prawda znawcy mówią, że cztery lata później mieliśmy jeszcze lepszą drużynę, ale co mnie tam. To trzecie miejsce to był sztos. W tym PRL-u, gdzie wszystko było propagandą, udało się coś, co udawało się wtedy rzadko. Był prawdziwy sukces, a władza mogła go skonsumować. I nie dość, że nikomu to nie przeszkadzało, to nawet wszyscy byliśmy dumni.

Monachium, znane wszystkim z Igrzysk Olimpijskich dwa lata wcześniej. Piękne sukcesy Polaków, koszmar, zgotowany przez terrorystów palestyńskich, który o mało nie przerwał imprezy, wygrany mecz z ruskimi i mistrzostwo olimpijskie – największy dotychczasowy sukces polskiej piłki. Wiadomo, że to były igrzyska bez największych gwiazd, bo w olimpiadach nie startowali zawodowcy z krajów zachodnich i Ameryk, ale i tak super. Ja, wówczas 12-letni, mistrzostwami żyję, wraz z kolegami, od prawie roku. Najpierw eliminacje zakończone zwycięskim remisem na Wembley, a potem jak u Hitchcocka, napięcie tylko rośnie. Piłkarze śpiewają w studio nagraniowym piosenkę razem z Andrzejem Dąbrowskim: „A Ty się bracie nie denerwuj” ze słowami niezbyt pasującymi do rodzącej się propagandy sukcesu: „piłka nie jest okrągła, piłka jest kanciasta, łatwiej stracić gola niż go wbić”. Grupa skiflowa No To Co już bardziej radośnie: „Po zielonej trawie piłka goni, albo my wygramy, albo oni, albo będzie dobrze, albo będzie źle, piłka jest okrągła, a bramki są dwie”.

I przychodzi ten dzień, czerwiec 1974, otwarcie MŚ. Na murawie boiska 16 ogromnych piłek, tyle, ile reprezentacji na Mundialu (pozwalam sobie na używanie tej nazwy, która wtedy jeszcze nie była mocno popularna, ale tak przylgnęła do MŚ, że trudno od niej uciec). Po kolei otwierają się piłki i wyskakują z nich artyści z kolejnych krajów. Jednak prawdziwy show to nasi. Maryla Rodowicz śpiewa „Football”, wtórują jej, przebrani w stroje krakowskie, chłopaki z Silnej Grupy pod Wezwaniem: Kazimierz Grześkowiak, Tadeusz Chyła, Krzysztof Litwin i Jacek Nieżychowski.  „Football, football, football, każdy to wie, co znaczy to, zerwać się z miejsc, krzyknąć gol”. Polska w ekstazie, a to dopiero początek.

Pierwszy mecz to miód na serce kibica. Ulice są puste, pamiętam, wyszedłem kilka minut przed meczem na balkon i nie zobaczyłem nikogo.  Dziewięć minut z Argentyną i 2:0 dla Polski. Tego nie spodziewali się najwięksi optymiści. Jan Ciszewski przekazuje, że Haiti prowadzi z Włochami: „prosze państwa, musze podzielić się tą informacją z kolegami komentatorami: Haiti łan, Haiti łan, Italien zeroł”. Ostatecznie kończymy 3:2, Lato dwie bramki, Szarmach jedna, dla nich: Ayala i Badminton. Kilka dni potem 7:0 z Haiti i wiemy, że przechodzimy dalej. Ale Włochom nie odpuszczamy i odsyłamy ich do domu, strzelając cudowne bramki. Szarmach głową, a Deyna, z dwudziestu metrów, z taką siłą że mu pęka but. Komplet punktów, podziw całego piłkarskiego świata i pretendent do medalu. Sen o Kopciuszku spełnia się zaledwie w kilkanaście dni.

W meczu ze Szwecją mało nie dostałem zawału, autentycznie, kiedy Tapper strzelał jedenastkę Tomaszewskiemu poziom bicia serca przekroczył wszystkie normy.  Nawet moja mama się przestraszyła. A Tomaszewski obronił i poszło. Potem Jugosławia i piąte zwycięstwo z rzędu – jesteśmy niepokonani. Nie ma innych tematów w sklepach, na ulicach, w pracy i na podwórku. Teraz Niemcy – gospodarze, czy nas może coś zatrzymać? Niestety ulewa i rozmoczone boisko zabrało Polakom ich największy atut – szybkość. Piłka zatrzymująca się w kałużach. Nie pomógł obroniony przez Tomaszewskiego karny. Nie pomściliśmy naszych krzywd. Ale gramy o trzecie miejsce i wygrywamy z Brazylią. Lato strzela na 1:0 i mamy srebro. Trzecie miejsce, ale srebro, bo w tych mistrzostwach są cztery medale: złoty, pozłacany, srebrny i brązowy.

Powrót piłkarzy jest niesamowity.  Jadą przez Warszawę  odkrytym autobusem, tłumy wiwatują. Przyjmują ich Gierek z Jaroszewiczem. Pada słynne zdanie, wypowiedziane przez Gierka do premiera: „to co, Piotrze, o ile trener pozwoli, to napijemy się szampana”. Wszyscy są wniebowzięci: naród z piłkarzami, piłkarze z partią, partia z narodem. Jesteśmy potęga piłkarską i ogólnie nikt nam nie zrobi nic, bo…

Pora wrócić na Ziemię. Każda władza korzysta z takiego sukcesu, a ten był niewyobrażalny. Lato królem strzelców, Szarmach ex aequo drugie miejsce z Holendrem.  Na film dokumentalny „Polska gola” walą do kin miliony. Zdjęcia piłkarzy  w formie przypinek można kupić nawet na straganach pod Jasną Górą. Są chyba popularniejsi od Klossa – Mikulskiego. Czekamy na kolejne mistrzostwa, tam już nie będziemy brali jeńców. Na 100% wygramy.

Autor tekstu
Przemysław Miśkiewicz

Przemysław Miśkiewicz

Publicysta. Działacz podziemia z lat 80. Przewodniczący Śląskiej Rady Konsultacyjnej ds. Działaczy Opozyzycji Antykomunistycznej, członek Stowarzyszenia Pokolenie. Zoologiczny antykomunista

Wyszukiwarka
Kategorie
Przemysław Miśkiewicz

Przemysław Miśkiewicz

Publicysta. Działacz podziemia z lat 80. Przewodniczący Śląskiej Rady Konsultacyjnej ds. Działaczy Opozyzycji Antykomunistycznej, członek Stowarzyszenia Pokolenie. Zoologiczny antykomunista

blank
Pobierz artykuł w PDF
Czytaj więcej
Przemysław Miśkiewicz
blank