Mit o „geniuszach strategii” z Kancelarii Premiera pryska w zderzeniu z faktami: próba wrobienia prezydenta w drożyznę paliwową spaliła na panewce, a świąteczna obniżka podatków to marketingowy teatrzyk, który przejrzałby nawet średnio rozgarnięty kierowca. Podczas gdy prorządowe media wpadną zaraz w ekstazę, rzeczywistość skrzeczy – obserwujemy chaotyczną grę na błędy, w której jedynym skutecznym pomysłem na przetrwanie okazuje się ofensywa Przemysława Czarnka. Pytanie tylko, czy po fazie „przetrwania” prawica będzie miała Polakom do zaoferowania coś więcej. Polemika z Marcinem Rosołowskim.
Marcin Rosołowski pisze w Dobitnie, że rząd ograł opozycję. Ta teza porządkuje chaos. Mam jednak wrażenie, że w tym przypadku przypisujemy rządowi więcej sprytu i planu, niż tam faktycznie było. Bo żeby mówić o „ograniu”, musi być coś więcej niż sprawna końcówka. Musi być kontrola nad wydarzeniami. A ja tu widzę raczej politykę grania na błędy. I to po obu stronach, bo żadnych geniuszy w tej historii po prostu nie ma.
Najlepiej widać to przy próbie rozegrania prezydenta. Pomysł był prosty: wrzucić temat tak, żeby nie zdążył podpisać ustawy przed wyjazdem, a potem zbudować narrację, że drożyzna to jego wina. Klasyczna zagrywka komunikacyjna. Tyle że ona się rozsypała szybciej, niż zdążyła się na dobre rozkręcić. Karol Nawrocki zareagował sprawnie i konkretnie. Chwytliwy obrazek podpisywanej ustawy w samolocie przeciął całą historię. I nagle opowieść o „blokującym prezydencie” przestała mieć sens. Jeśli gdzieś ktoś kogoś ograł, to raczej w tym momencie i raczej w drugą stronę.
Druga rzecz to sama konstrukcja tej operacji z paliwami. Najpierw słyszymy, że nic się nie da zrobić, że są ograniczenia, że budżet nie wytrzyma. Potem ceny rosną, napięcie rośnie razem z nimi. I w końcu pojawia się obniżka, najlepiej w dobrym momencie, kiedy można ją sprzedać politycznie.To jest mechanizm dobrze znany i wielokrotnie testowany. Można go opisywać jako spryt, można nawet doceniać jego skuteczność. I rzeczywiście medialni słudzy władzy tak zrobią. Tylko że z punktu widzenia zwykłego odbiorcy to jest coraz bardziej przejrzyste. To nie jest żadna finezja, tylko prosty numer: najpierw przykręcić śrubę, potem ją poluzować i ogłosić sukces.
W tym sensie trudno mówić o jakimś szczególnym „wybraniu momentu”, o którym pisze Marcin. Owszem, rząd zareagował w określonym momencie, ale równie dobrze można powiedzieć, że był do tej reakcji zmuszony. Presja rosła, temat żył własnym życiem i dalsze zwlekanie zaczynało być politycznie kosztowne. To nie była chłodna egzekucja planu, tylko dostosowanie się do sytuacji. A to jest zasadnicza różnica.
Podobnie wygląda sprawa „zwarcia z Brukselą”. Dobrze to brzmi, dobrze wygląda w przekazie dnia, buduje obraz politycznej sprawczości. Tyle że w praktyce mamy do czynienia raczej z epizodem niż z realnym przełamaniem jakiejś bariery. Coś, co daje efekt na chwilę, ale nie zmienia układu gry.
I wreszcie PiS. Tu też nie do końca zgadzam się z tezą o bezradności czy „karkołomnych założeniach”. Model oparty na energii Czarnka ma sens, ale to zależy czy to krok na drodze, czy cała droga, bo jeśli to drugie to jest błędem. PiS dziś i jego premier in spe nie ma być subtelny ani szczególnie wyrafinowany. On ma trzymać partię przy życiu w trudnym momencie. Nie pozwolić przykleić narracji, że to już koniec, że to formacja w rozkładzie. W tym sensie to działa. Czarnek utrzymuje napięcie, mobilizuje elektorat, nie pozwala tej historii się domknąć.
Ale to jest strategia na przetrwanie, nie na wygrywanie. Jeśli nie pojawi się obok tego coś więcej – nowa, wiarygodna opowieść o gospodarce, o miejscu Polski, o kierunku na przyszłość – to ta energia nie wystarczy. Bez tego PiS może trwać, ale trudno będzie mu wrócić do realnej gry o władzę.
Dlatego nie kupuję tezy o „ograniu”. To słowo sugeruje plan, przewagę, kontrolę. A tutaj widzę raczej coś znacznie prostszego. Rząd wykorzystał moment, który w dużej mierze sam wcześniej współtworzył. Opozycja nie potrafiła narzucić własnej interpretacji. W jednym miejscu rząd próbował rozegrać sytuację i się potknął, w innym ją dobrze sprzedał.
To nie jest szach-mat. To jest wciąż nierozegrana partia w chaotycznej grze, której przebieg zależy od kogoś innego.
