Wszystko w stylu rządu premiera Tuska, tego nie można odmówić. Trzy lata rządów, seria afer w mediach i jeden tydzień na „reformę” — tak wygląda dziś polska ochrona zdrowia: resort łata dziury tam, gdzie akurat pęka na pierwszych stronach gazet, zamiast rozbroić mechanizm, który te dziury od lat produkuje. Dokładnie przeciwnie niż hasło narracji rządowej o „naprawie systemowej”.
W środę 8 lipca minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda, wraz z prezesem NFZ Filipem Nowakiem i Rzecznikiem Praw Pacjenta Bartłomiejem Chmielowcem, zaprezentowała długo zapowiadany pakiet zmian w ochronie zdrowia. Okazją była seria doniesień o patologicznych zarobkach lekarzy kontraktowych – w tym głośna sprawa spółki neurochirurgów wystawiającej rachunki idące w setki tysięcy złotych za dobę dyżuru, oraz afera wokół Szpitala Południowego. Premier Tusk miał w piątek postawić resortowi ultimatum: konkretne rekomendacje do wtorku, pod groźbą „decyzji personalnych”.
Efekt tego ultimatum wart jest chłodnej analizy – punkt po punkcie, bez emocji, ale i bez taryfy ulgowej.
1. Limit 240 zł brutto za godzinę pracy lekarza kontraktowego
To flagowy punkt pakietu, jedyny, który minister przedstawiła z pełną determinacją i bez wycofywania się. Problem w tym, że limit dotyczy wyłącznie stawki godzinowej – nie ogranicza w żaden sposób liczby godzin, które lekarz może wykazać. Krytycy z Naczelnej Izby Lekarskiej zwracają uwagę, że to rozwiązanie punktowe, odpowiadające na konkretny skandal medialny, a nie na mechanizm, który ten skandal umożliwił. Co więcej, szefowa warszawskiej Okręgowej Rady Lekarskiej ostrzega, że efektem może być odpływ lekarzy do sektora prywatnego lub do placówek oferujących porównywalne stawki przy lepszych warunkach – a to uderzy w dostępność świadczeń, czyli w pacjenta. Prezes NIL wprost mówi o ryzyku katastrofy kadrowej w szpitalach powiatowych, które i tak mają problem ze znalezieniem personelu. Limit ceny bez limitu popytu na usługi tych samych lekarzy to typowy przykład kontroli cen, która nie usuwa przyczyny problemu, tylko przesuwa go w inne miejsce – zwykle tam, gdzie boli najbardziej, czyli do mniejszych ośrodków.
2. Rejestr czasu pracy prowadzony przez NFZ
Sama w sobie sensowna idea – dziś rzeczywiście zdarza się, że lekarz jest wykazywany jako pracujący w dwóch miejscach jednocześnie. Problem w tym, że minister nie przedstawiła jeszcze mechanizmu egzekwowania tego rejestru ani sankcji za jego obchodzenie. Dopóki nie ma projektu ustawy, mamy zapowiedź inwentaryzacji problemu, a nie jego rozwiązania. Rejestrowanie patologii nie jest tym samym, co jej likwidacja.
3. Nakaz zatrudnienia na min. pół etatu w jednej placówce i zakaz kontraktów przez spółki-pośredników
To uderzenie w model biznesowy spółek lekarskich, które pośredniczyły w kontraktach – element bezpośrednio odpowiadający na aferę neurochirurgów z Miastka i Mogilna. Ale eksperci zwracają uwagę na coś istotniejszego: minister nie przedstawiła jednoznacznego stanowiska wobec wynagrodzenia procentowego od wykonanych procedur – czyli mechanizmu, który w praktyce najczęściej odpowiadał za ekstremalne zarobki. Zamknięcie jednej furtki przy pozostawieniu otwartej drugiej to reforma częściowa z założenia.
4. Procentowy limit wydatków szpitala na wynagrodzenia
Rozwiązanie księgowe, nie systemowe. Dyrektor szpitala z niedoborem kadr i tak będzie musiał płacić rynkową stawkę za dyżury, żeby w ogóle obsadzić grafik – limit procentowy w praktyce oznacza albo łamanie go w praktyce, albo redukcję liczby dyżurów, czyli krótszą dostępność SOR-ów i poradni. To przenosi problem niedoboru kadr medycznych – którego pakiet w ogóle nie adresuje – na barki zarządzających placówkami.
5. Jawność umów zawieranych z NFZ
Transparentność to warunek konieczny kontroli społecznej, ale nie wystarczający. Jawność umowy nie zmienia stawki ani mechanizmu jej naliczania – ujawnia patologię, nie eliminuje jej. To krok w dobrą stronę, ale sam w sobie nie rozwiązuje niczego bez towarzyszących mu twardych ograniczeń, których w pakiecie brakuje w spójnej formie.
6. Przyspieszona centralna e-rejestracja (do końca 2027) i e-kolejka (do końca 2026)
Tu dochodzimy do sedna krytyki, którą formułuje dr Jerzy Gryglewicz z Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego: w całym pakiecie brakuje odpowiedzi na realny, codzienny problem polskich pacjentów, czyli ograniczoną dostępność do specjalistów i długie kolejki. Przyspieszenie e-rejestracji o dwa lata – z czterech do dwóch lat wdrożenia – brzmi efektownie, ale to wciąż odległy 2027 rok, czyli najpewniej już poza obecną kadencją tego rządu. Cyfrowe narzędzie do zarządzania kolejką nie skraca samej kolejki – ono tylko lepiej ją opisuje. Skrócenie kolejki wymaga większej liczby lekarzy, większej liczby kontraktów i większych pieniędzy w systemie, a nie lepszego interfejsu do zapisów.
7. Retaryfikacja 114 procedur i wzmocnione kompetencje kontrolne NFZ
Więcej kontrolerów NFZ to więcej biurokracji nadzorczej, nie więcej lekarzy przy łóżku pacjenta. To odpowiedź na patologie finansowe, ale nie na przyczynę systemową, którą – zgodnie z diagnozą byłego ministra zdrowia Marka Balickiego – jest fragmentaryczność samych działań. Balicki wprost ocenił propozycje jako cząstkowe i pozbawione zapowiadanej przez premiera Tuska realnej naprawy systemu.
Diagnoza wspólna dla całego pakietu
Powtarzający się motyw w reakcjach eksperckich – od byłego ministra zdrowia, przez publicystkę Zdrowia Alicję Liburę, po samorząd lekarski – jest zaskakująco spójny: to zestaw reakcji na konkretne afery medialne ostatnich tygodni, a nie szkic strukturalnej reformy systemu ochrony zdrowia. Libura mówi wprost o braku choćby zarysu reformy strukturalnej, bez której system publiczny będzie ulegał dalszej anarchizacji. Prezes warszawskiej ORL przypomina, że najważniejsze postulaty środowiska – odpolitycznienie zarządzania szpitalami (zakaz łączenia funkcji kierowniczych z członkostwem partyjnym) czy twarde limity godzin pracy dla wszystkich zawodów medycznych – w ogóle się nie pojawiły.
Krótko mówiąc: po trzech latach rządów obecnej koalicji doszło do gwałtownego przebudzenia wywołanego przez media, a nie przez systemową analizę. Rząd naprawia to, co akurat trafiło na pierwsze strony gazet – kominy płacowe konkretnych neurochirurgów – zamiast mechanizmu, który te kominy od lat umożliwiał: chronicznego niedoboru kadr medycznych, wadliwego systemu kontraktowania świadczeń i braku realnej reformy struktury szpitalnictwa. Dopóki punktem wyjścia reformy jest afera medialna, a nie diagnoza systemowa, kolejna afera – inna nazwa, ta sama patologia – jest tylko kwestią czasu.
