W ciągu ostatniego weekendu zwiedziłem kilka szpitali i punktów ambulatoryjnych położonych na południu Polski, a także w Warszawie. Taki dorobek turystyczny nie powinien się publicystycznie zmarnować, wszak temat wycieczki na czasie, więc pokrótce…
Podczas krótkotrwałego wypadu w Pieniny bliskiej mi osobie do oka dostało się – mówiąc językiem fachowym – ciało obce. Na tyle skutecznie, że nie dało się tego wypłukać ani wyjąć samodzielnie. Jest to przypadek dość częsty i muszę stwierdzić, że pamiętam z przeszłości, iż takie przygody z reguły rozwiązywało się dość szybko, nawet w lipcowy piątek po południu. Wystarczyło znaleźć sprawną „pigułę”, która podniesie powiekę, ewentualnie dowolnego lekarza, w ostateczności uprosić któregoś z okulistów, by przyjął w domu po godzinach. Dodzwoń się dziś do okulisty po godzinach. W czasach call center, zintegrowanych usług i obsługi, żywych i automatycznych, bez znaczenia, recepcjonistek gotowych zapisać najszybciej na przyszłą środę. Żwir pod powieką zdecydowanie wymaga szybszej interwencji.
Duma Gór Naszych
Tę ostatnią miała zapewnić duma Nowego Targu – Podhalański Szpital Specjalistyczny i tamtejszy SOR. Trzydzieści lat szpital budowano dla połamanych narciarzy, górali z ciupagami w plecach i bezpiecznych porodów góralątek. Pamiętam, jak kilka lat temu opowiadano, jaki to nowoczesny szpital: na wzgórzu, jak zamek, otoczony panelami PV, z podjazdami. I okulisty nie ma, a żaden z chirurgów czy innych lekarzy, nie mówiąc o pielęgniarkach, nie przeprowadzi morderczego zabiegu zajrzenia pod powiekę, bo od tego są w Krakowie. Po jakimś czasie, kilku odsyłankach w Nowym Targu, ostatecznym wyroku, że wypad, bo „oni tego nie robią”, półtoragodzinnej jeździe do Krakowa i tam już tylko czterech godzinkach na SOR-ze szpitala Żeromskiego turbosprawny okulista w ciągu sekundy oczyścił oko, przy okazji przebadał wzrok i padło fundamentalne pytanie: „A dlaczego nie podjechaliście do Nowego Targu? Przecież to każdy lekarz powinien potrafić zrobić?”.
Ile trzeba pieniędzy dosypać do systemu, by rozwiązać powyższy rebus? Jak bardzo go jeszcze zadłużyć? Co zmienić w ustawie o NFZ? Jak przeprogramować koszyk świadczeń? Ile uniwersytetów zamienić w akademie, a ile akademii w uniwersytety, by na całym wielkim Podhalu i Orawie razem wziętych można było żwir spod powieki wydobyć w piątek po południu?
Pieniądze są potrzebne. Także dla lekarzy. Także dla tego, u którego byłem w niedzielę w niesławnym dziś Szpitalu Grochowskim z silną gorączką i jak się okazało… poczciwą anginą. Otóż muszę stwierdzić, że znam stamtąd sprzed wielu lat historie, także rodzinne, proszące się o sąd lekarski. Ale ja tam po raz trzeci czy czwarty w życiu zostałem obsłużony tak szybko i dobrze, że jakiś Szwajcar by się zdziwił. Bez znajomości. Tak mi tam dziś wychodzi.
Fiku miku i w kominie
Przeglądam propozycje minister zdrowia, pani, którą właśnie wyznaczono do walki z „kominami lekarskimi”, bo była jedną z pierwszych kominiarek, więc się zna. Kominy lekarskie, zarobki po 2 miliony na trzech etatach – zła rzecz. Więcej kontroli elektronicznej, deklaratywna „obiektywizacja” procesu zatrudniania przez szpitale zewnętrznych podwykonawców i przyjmowania pacjentów. Ma to nas uspokoić po aferze z salonikiem VIP, złotym doktorem, zwyrodnialcem z prosektorium. Ale czy w jakikolwiek sposób rozwiąże problem tego, że w wielkim szpitalu obsługującym dużą część Polski nie ma na SOR-ze okulisty? I że mieszkaniec Warszawy, nawet uwzględniając biznesy Trzaskowskich, Kierwińskich i ich Kacprzyków, ma dużo większe szanse na jakąś pomoc niż inny mieszkaniec?
Same pytania retoryczne, bo nie znam na nie odpowiedzi. Niestety, ci, którzy rządzą, też ich nie znają. Co gorsza, mają ten temat tak naprawdę głęboko. I to nie pod powieką.
