Wściekłość, furia i frontalny atak – tak można opisać kampanię oszczerstw i szyderstw prowadzoną przez polityków Koalicji Obywatelskiej przeciw prezydentowi. Nawała dopiero jednak się rozkręca, bo za chwilę gra będzie się toczyć o znacznie wyższą stawkę niż ceny paliwa na stacjach – o budżet Unii Europejskiej.
Prymitywne filmiki kręcone przez Donalda Tuska przy płocie Belwederu sprawiają, że jego fanatyczni wyborcy wyją z zachwytu. Ich wódz wreszcie pokazał, że jest twardy i potrafi zagonić prezydenta w kozi róg. W rzeczywistości sytuacja była nieco inna. Premier do końca liczył na to, że Karol Nawrocki ustawę o nadmiernych zyskach koncernów paliwowych zawetuje. Wówczas odpowiedzialność za wysokie koszty tankowania spadłaby na głowę państwa, a Donald Tusk z Andrzejem Domańskim mogliby cieszyć się większymi wpływami do budżetu. Katastrofa finansów publicznych miałaby nieco mniejsze rozmiary.
Stało się jednak inaczej. Premier stara się więc wykorzystać sytuację i ogłosić swoje zwycięstwo.
W szpicy nienawiści
Prowadzona obecnie przez Tuska kampania znacznie różni się od poprzednich – przeciw Andrzejowi Dudzie czy ś.p. Lechowi Kaczyńskiemu. Wcześniej do najbardziej prymitywnych i podłych zagrywek lider KO używał specjalnie do tego przeznaczonych hejterów: Janusza Palikota, Stefana Niesiołowskiego, Bartosza Arłukowicza czy Witolda Zembaczyńskiego.
Tusk nie chciał sobie brudzić rąk zwykłym chamstwem, pozując raczej na wyluzowanego, ironicznego i zdystansowanego do polityki gościa. Teraz jednak idzie na całość. Używając insynuacji i kłamstw oskarża prezydenta o działanie na szkodę kraju, mówi o „rumakowaniu” czy wrzuca swoje zdjęcie na koniu pisząc, że nie jeździ dobrze ale za to „ za swoje” – co jest nawiązaniem do sztucznie wykreowanej afery o koniach, jakie Karol Nawrocki trzyma w prezydenckiej stajni.
Oczywiście w jego ślady idą zastępy posłanek, posłów i ministrów, którzy poziomem prymitywizmu i wulgarności starają się dorównać swojemu kierownikowi. Ale przecież oni nie mają znaczenia. Tusk rzuca bezpośrednio wyzwanie prezydentowi, jakby to miał być pojedynek rewolwerowców w małym miasteczku na Dzikim Zachodzie. To jest dla niego prawdziwa polityka, taka w której czuje się spełniony. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że w wyścigu na podłość i kłamstwo niewielu może stawać z nim w szranki, stara się więc zachęcić Karola Nawrockiego do zapasów w błocie, by maksymalnie go w nim unurzać. Premier wie, że jego reputacji już nic nie zaszkodzi. Prezydent na tej brudnej wojnie może tylko stracić.
Wielka stawka
Celem tej nagonki jest odebranie Karolowi Nawrockiemu powagi. Sprowadzenie go do poziomu blokersa, gangstera, kibola i alfonsa, a do tego jeszcze lamusa, który przegrywa w prawdziwej rozgrywce. To ma go pozbawić legitymacji do zabierania głosu w sprawie dla Polski naprawdę fundamentalnej – budżetowi UE na lata 2027 – 2034.
Na razie plany są dla Polski wyjątkowo niekorzystne – nasza składka ma wynieść 120 mld euro, a środki jakie mamy z budżetu UE otrzymać to 123 mln. euro. Biorąc pod uwagę mechanizm warunkowości i małe prawdopodobieństwo wykorzystania wszystkich przyznanych nam środków, w rzeczywistości stajemy się płatnikiem netto. Na takie warunki zgodził się Tusk, który po raz kolejny został w Unii ograny.
W projekcie budżetu są jednak zaszyte nowe unijne podatki, które muszą być zaakceptowane w Polsce ustawą. Tu właśnie pojawia się wyjątkowo silna pozycja Karola Nawrockiego – bez jego podpisu nie będzie całego unijnego budżetu.
Normalny premier próbowałby się z prezydentem porozumieć i grając wspólnie przeciw Brukseli wytargować dla Polski więcej. Tusk jest jednak znacznie bardziej lojalny wobec Komisji Europejskiej niż wobec Polski. Dlatego raczej sprzymierzy się raczej z Ursulą von der Leyen przeciwko prezydentowi własnego kraju, by wywiązać się ze zobowiązań wobec swojej promotorki.
Drogą do tego ma być całkowite ośmieszenie i skompromitowanie Karola Nawrockiego. To ma odebrać mu wszelką podmiotowość.
