Od polityków różnych opcji można usłyszeć niewesołą konstatację: Trybunału Konstytucyjnego już nie ma. I, co gorsza, nie będzie. Wybiórcze uznawanie składów i wyroków przez poszczególne ekipy rządowe stanie się chlebem powszednim, a organ o fundamentalnym znaczeniu dla obywateli, dla demokracji pozostanie wydmuszką. Do tego chóru dzisiaj dołączył Donald Tusk, potwierdzając pogłoski o delegowaniu polityka, swojego ministra, do Trybunału. Znamienne, że taki pomysł skrytykowali prawnicy, których o sympatię do PiS nie można posądzać, jak prof. Marcin Matczak czy szef NRA mecenas Przemysław Rosati. Tusk postanowił pójść dalej, niż PiS, który nie mianował sędzią TK z dnia na dzień ministra.
Owa sanacja Trybunału, o której mówi premier i jego zaplecze, ma na celu „depisizację” instytucji, ale tylko po to, by obsadzić ją swoimi politycznymi żołnierzami. Oczywiście, nie wszyscy nowowybrani sędziowie są politycznie uwikłani – twórca Prokuratorii Generalnej Marcin Dziurda to były współpracownik śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Jednak w założeniu kontrolować Trybunał, podobnie jak w rozdaniu PiS, ma lojalna większość. I nie zmienia to faktu, że tak – Maciej Berek słynie jako świetny prawnik.
Nie ma oczywiście wątpliwości, że to, co w Brukseli budziło sprzeciw, gdy robił to PiS, teraz będzie budziło akceptację. Cele przejęcia TK są dwa: po pierwsze, obejście prezydenckich wet. Nagle może się okazać, że rozporządzeniami można zmieniać wszystko, zaś tam, gdzie kontrasygnata prezydenta jest wymagana, nie będzie potrzebna – i na odwrót. Po drugie, jeżeli obecna koalicja musiałaby oddać władzę, to lojalny wobec niej Trybunał nie ustanie w rzucaniu nowej ekipie kłód pod nogi.
Tusk, ufny w Brukselę, zaczyna mieć krótką pamięć. PiS też sądził, że zachowa kontrolę nad mediami publicznymi, a Trybunał Konstytucyjny zwiąże nowemu rządowi ręce. Koalicja po prostu zrobiła, co uważała, a legitymację TK zakwestionowała aktem rangi równej niemal ogłoszeniu na szybie sklepowej – uchwałą Sejmu. Dlaczego ewentualny rząd prawicowych partii nie miałby zrobić tego samego?
W sytuacji realnego zagrożenia geopolitycznego polskie państwo jest rozmontowywane na części w ramach politycznych gierek. Owszem, przydałby się reset konstytucyjny, o którym wspominała Konfederacja, ale kto miałby go robić? I KO, i PiS nie są dziś do tego zdolne. A mocnej grupy, która myśli o państwie jako o dobru wspólnym, w dodatku myśli w perspektywie nie sejmowej kadencji, a dekad, na razie próżno szukać.Grupy środka, jak Rozwój Plus czy Polska 2050 czy – jednak w jakimś stopniu – PSL są dzisiaj zbyt słabe, by zmieniać rzeczywistość.
