Informacja o możliwym zamachu na premiera Donalda Tuska i wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza postawiła w niedzielę na nogi służby specjalne. Na godzinę 11.00 zwołano naradę przedstawicieli ABW, policji i Służby Ochrony Państwa. Jeszcze tego samego dnia minister spraw wewnętrznych Marcin Kierwiński poinformował o zatrzymaniu podejrzanego. Nie ujawniono jednak, kiedy pojawił się pierwszy sygnał o zagrożeniu, na ile konkretne były przygotowania do zamachu ani co skłoniło władze do tak szybkiego nagłośnienia sprawy. Właśnie te pytania, oprócz oceny działań służb, są dzisiaj kluczowe.
– Sprawę traktujemy śmiertelnie poważnie – zapewniał Jacek Dobrzyński, rzecznik ministra koordynatora służb specjalnych. Mówił również o „dużym prawdopodobieństwie spełnienia tych gróźb”. Rzecznik rządu Adam Szłapka komunikował, że otrzymany sygnał był bardziej niepokojący niż wcześniejsze podobne zgłoszenia.
Według „Rzeczpospolitej” wiadomość o zagrożeniu trafiła na ogólnodostępny adres kancelarii SOP. Jej autor nie miał być zamachowcem, lecz osobą znającą plany ataku. TVN24 informował natomiast o poszukiwaniu za pośrednictwem mediów społecznościowych ochotników do zamachu z użyciem broni palnej. Nie jest jeszcze jasne, jak te informacje się ze sobą łączą ani jaką rolę odegrał zatrzymany mężczyzna.
Po co ogłaszać alarm?
Samo sprawdzenie groźby nie budzi wątpliwości. Żadne państwo nie może sobie pozwolić na zlekceważenie informacji o możliwym zamachu na premiera czy ministra obrony. Dyskusję wywołało coś innego: dlaczego o zagrożeniu poinformowano opinię publiczną, zanim przedstawiono jego okoliczności? Czy ogłoszenie alarmu pomagało służbom, czy mogło ostrzec potencjalnego sprawcę?
Komentatorka Kataryna zwróciła uwagę na sprzeczność między nagłaśnianiem niedzielnej sprawy a wcześniejszymi apelami, by nie zapewniać rozgłosu sprawcom przemocy. „Tu nie ma tego ryzyka? Jaki sens mają takie komunikaty?” – pytała. To istotna wątpliwość, niezależna od oceny samego zagrożenia.
Ostrzej reagowali politycy opozycji. Marcin Możdżonek z Konfederacji kwestionował sens publicznego informowania o sprawie, a sposób postępowania władz uznał za przejaw niekompetencji. Monika Pawłowska z Rozwoju Plus zarzuciła rządowi robienie z państwa „cyrku”. W wypowiedziach części polityków pojawiły się również sugestie, że nagłośnienie alarmu miało odwrócić uwagę od innych kłopotów rządu. Ostatnie dni to afera z posłem Michałem Kołodziejczakiem i klęska w Krakowie.
Nie wszyscy przedstawiciele opozycji oceniali wydarzenia równie ostro. Poseł PiS Bartłomiej Wróblewski napisał: „Sprawa jest poważna. Nie bagatelizuję jej”, zapowiadając szerszy komentarz. Z kolei wicemarszałek Senatu Maciej Żywno z koalicyjnej Polski 2050 podkreślał w TOK FM, że „dobrze, że służby działają”. W jego ocenie szybka reakcja pokazywała, że państwo nie lekceważy zagrożenia.
W tej dyskusji należy oddzielić dwie odrębne sprawy. Pierwsza to obowiązek ochrony najważniejszych osób w państwie. Druga – sposób informowania o działaniach służb. Można uznać zatrzymanie podejrzanego za konieczne, a jednocześnie pytać, czy wcześniejsze komunikaty były potrzebne. Można też bronić decyzji o ujawnieniu zagrożenia, jeżeli przemawiały za nią względy bezpieczeństwa. Tych powodów dotąd jednak nie wyjaśniono.
Czy sprawa zmieni debatę o internecie?
Niedzielny alarm pojawił się w czasie sporu o przepisy dotyczące nielegalnych treści w internecie przez podległe politykom instytucje bez realnej kontroli sądu. Parlament uchwalił już część rozwiązań wdrażających unijny Akt o usługach cyfrowych, a kolejne, dotyczące między innymi nakazywania usuwania określonych materiałów, nadal są rozpatrywane.
Jeżeli potwierdzą się doniesienia o poszukiwaniu w mediach społecznościowych osób gotowych uczestniczyć w zamachu, sprawa zapewne powróci w dyskusji o odpowiedzialności właścicieli platform internetowych. Nie oznacza to jednak, że nowe przepisy były niezbędne do zatrzymania podejrzanego. Groźby karalne i przygotowania do przestępstw już dziś podlegają odpowiednim przepisom, a służby mają także możliwość reagowania na treści o charakterze terrorystycznym.
Nie ma również twardych podstaw, by twierdzić, że niedzielne wydarzenia zostały wywołane lub nagłośnione w związku z pracami nad ustawą. Taki związek pozostaje póki co polityczną hipotezą, nie ustalonym faktem. Można natomiast przewidywać, że zwolennicy nowych regulacji będą wskazywać na potrzebę szybkiego usuwania niebezpiecznych treści, a ich przeciwnicy – na ryzyko nadmiernej ingerencji państwa w swobodę wypowiedzi.
Czy rządowa prokuratura wyjaśni sprawę w bezstronny sposób?
O dalszym przebiegu sprawy przesądzą ustalenia śledczych. Jeśli zatrzymany rzeczywiście przygotowywał zamach, konieczne będzie wyjaśnienie, jak służby wykryły zagrożenie i czy udało się zapobiec atakowi. Jeśli natomiast okaże się, że chodziło o groźby bez konkretnych przygotowań, tym ważniejsze stanie się pytanie o skalę ogłoszonego alarmu.
Najważniejszy wniosek z całej sytuacji jest taki, że powaga zagrożenia i zasadność publicznego alarmu to nie to samo. Służby miały obowiązek działać, ale opinia publiczna ma również prawo wiedzieć, co uzasadniało tak szerokie nagłośnienie sprawy. Bez odpowiedzi na to pytanie będziemy mieli dwa skrajnie różne, polityczne siłą rzeczy interpretacje wydarzeń: skutecznie udaremnionego zagrożenia i alarmu, którego rzeczywistej skali nie znamy. Żaden z nich nie powinien zastępować ustaleń śledztwa. Tylko, czy podległa rządowi prokuratura będzie potrafiła zachować należytą bezstronność?
