Historia to nie tylko podręczniki i książki, to nasze życie. I życie tych, co przed nami, teraz już tylko na zdjęciach. Bo często zostają nam tylko zdjęcia i wspomnienia
Wreszcie po czterech latach wziąłem się za robotę. Po śmierci mamy przywieźliśmy dwie walizki zdjęć. Mówiła zawsze, że nie ma sensu tego trzymać, bo zajmuje miejsce, a ona i tak nie zna większości ludzi, którzy na nich są. Okazało się, że wszystko było poukładane, może nie idealnie, ale w większości tak. Co prawda przejrzenie i dopracowanie pierwszej walizki zajęło mi pięć godzin, ale podróż sentymentalna była nieprawdopodobna. Ja jako mały chłopczyk, mój chrzest, rodzice biorący ślub, ojciec w młodości i dzieciństwie, mama jako dziewczynka jeszcze przed wojną, dziadkowie od małżeństwa w 1936 cofający się aż do dzieciństwa. Pradziadowie na początku XX wieku, a przecież jeszcze moje dzieci i trzeba będzie z telefonów wyciągnąć zdjęcia wnuków. Sześć pokoleń, zabory, I WŚ, II Rzeczpospolita, II WŚ, okupacja, przaśny PRL, aż do dziś, 120 lat. To nieprawdopodobne, nigdy w rodzinach, poza ziemiaństwem, a wcześniej na dworach książęcych czy bogatej szlachty, pamięć nie sięgała tak daleko. A przecież babcia opowiadała o swoim dziadku, który nosił długie, siwe włosy i grzał się przy piecu, a jako 16-latek brał udział w Powstaniu Styczniowym. Czyli można powiedzieć od jego urodzenia do dziś, choć trochę liźnięta rodzinna historia to 180 lat.
Niedawno czytałem u znajomego lewaka piania na temat PRL-u. Ileż on dobra przyniósł i jaką dał szansę awansu. I nie mogę tego całkowicie odrzucić, jednak zdając sobie sprawę z nędzy intelektualnej i pustoty komunizmu, jestem przekonany, że to był fatalny system. Pamiętam go świetnie i poza tym, że byłem młody, nie potrafię znaleźć plusów. I przeglądając te zdjęcia, patrząc na papier, z jakiego były wykonane, na stroje, na architekturę, na wszystko, to PRL była dramatem. Oczywiście wieś wyskoczyła w górę, głównie przenosząc młodych do miasta, industrializacja była ogromna, ba, ludziom, którzy wcześniej nie znali łazienek, wydawało się, że złapali Pana Boga za nogi, kiedy mogli wprowadzić się do M3. Jednak coś jest w tych starych fotografiach, coś metafizycznego, jakaś magia, która przenosi nas w czasie i pokazuje, że tamten był lepszy.
Mój pradziadek, stuprocentowy Hucuł, który mieszkał na wsi tak zabitej dechami, że trudno to sobie wyobrazić, awans społeczny zawdzięczał samemu sobie. Uciekł z domu i został zapaśnikiem w cyrku, potem zaciągnął się do armii austro-wegierskiej, zdobył stopień oficerski, miał ordynansa, ożenił się, miał dwie córki i obydwie wykształcił jeszcze za II RP. Jedna skończyła Studium Nauczycielskie, a druga Wydział mat-fiz-chem na Uniwersytecie Lwowskim. Obydwie zostały nauczycielkami. Jedna z nich, moja babcia Petronela, poznała dziadka Karola, który pochodził z Klemensowa i pracował w cukrowni, ale poszedł na studia, mimo, że się w domu nie przelewało. Potem dostał skierowanie do pracy we wsi Łabunie, gdzie poznał moją babcię, która też tam miała nakaz pracy. Obydwoje byli nauczycielami. Zamieszkali razem z rodzicami babci, urodziła im się córka czyli moja mama. Czasy przedwojenne wspominali jako idyllę. Oczywiście to było przesiąknięte sentymentem i wspomnieniem młodości, ale opowieści o Lwowie, wyprawach babci tratwą – Wisłą do Gdańska, wraz z Olgą Małkowską, ćwiczeniach wojskowych dziadka, spotkaniach z generałem Fieldorfem czy Sosabowskim. Wspomnienia balów szkolnych i późniejszych, wyjazdów do Krynicy, kawiarni, restauracji, domek i krasnoludki, które mój pradziadek postawił dla mojej mamy. To wszystko, co było dla mnie niezrozumiałe i nieosiągalne. A do tego Piłsudski, a nawet opowieści babci, o Praterze w Wiedniu i paradzie, na której widziała Franza Jozefa, nie mieściły się w rzeczywistości komunistycznej.
W tym nawet nie było żadnego antykomunizmu, tam była miłość i chęć powrotu do normalności. Na imieniny do dziadka czy babci przychodzili znajomi, a właściwie głównie znajome, nauczycielki, ale przychodziła też sekretarka i woźna. I nigdy nie słyszałem, żeby ktoś powiedział, ze teraz jest lepiej niż przed wojną, a dziadek był przecież w PZPR. Zdjęcia przesuwają nas w czasie, widzimy dzieci, które po chwili biorą ślub i niedługo się starzeją, a ich dzieci już też mają dzieci. To jest nieprawdopodobne, jak te 120 lat, które mam na zdjęciach, fantastycznie opowiada nie tylko o historii rodziny, ale Polski. Pradziadek w mundurze austro-węgierskim, a dalej dziadek, jego późniejszy zięć w polskim, chwilę później w niewoli niemieckiej, a zaraz potem w mundurze amerykańskim, który dostał po wyzwoleniu z oflagu. Prababcia, która robi się szybko stara, a jej córka zaczyna wyglądać tak jak ona sprzed lat, mając na kolanach swoją córkę. Ta z kolei po chwili jest ze mną, grubym dzieciakiem z krzywymi od tuszy nogami, podczas, kiedy ona jest pięknością niewysłowioną, ale jak cofnąć się w czasie, to też grubą okrutnie, w sposób nieprzystojny, jak była maluchem. I tak można to mnożyć i patrzeć na ludzi, których już nie ma. Z tych, których pamiętam, nie ma nikogo, nie ma dziadków z obydwu stron, nie ma rodziców, teściów. Jestem ostatni, ale przecież są dzieci, wnuki, daj Boże będą następne pokolenia. Zostaną zdjęcia i wspomnienia. To jest wartość nieprawdopodobna, bo mimo, że piszę o czymś, co dzieje się od zawsze, to jednak czasami przychodzi refleksja.
I mnie dzisiaj właśnie podczas porządkowania tych zdjęć naszła. Wiele z nich widziałem już jako dziecko, to była rozrywka, to była ciekawość tego, jak kiedyś wyglądało życie i jak wyglądali przodkowie, a zwłaszcza to magiczne życie przed wojną. Wtedy „przed wojną” było nieodgadnione, było czymś lepszym, czymś, do czego można tęsknić, jakąś baśnią. Teraz nie ma już takiej ciekawości, jest internet, a przodkowie to jakaś przeszłość zupełnie spoza sfery zainteresowania. Ale może uda się zainteresować młodych? Opisałem grupy zdjęć, bo przecież skąd wnuki mają wiedzieć o swoich praprapradziadkach? Przecież ten atleta sprzed 120 lat, który zjadał jajecznicę z dwunastu jajek, to w prostej linii ich przodek. Gdyby nie uciekł z domu, nie został zapaśnikiem, nie poszedł do armii, to nie poznałby Marysi itp. Historia to nie tylko podręczniki i książki, to nasze życie. I życie tych, co przed nami, a teraz już tylko na zdjęciach.
